niedziela, 15 stycznia 2017

mogą rzucić torebki

jak wstałam, było prawie południe. nie słyszałam nawet telefonu o dziesiątej... ludzie myślą, że jak matka, to w sobotę można dzwonić o dziesiątej. otóż nie. mój "synek" ma czternaście lat i w soboty też śpi do dwunastej. raczej więc nikt nie odbierze. chyba że kot, ale musimy jeszcze nad tym popracować. 

jak się prześpi pół dnia, to nie jest się w dobrym nastroju. niby człowiek wyspany, a jednak trochę żal, że coś tam mu koło nosa przeszło. być może. nawet jeśli nic specjalnego nie planował. ale mógłby. najgorsze, że nie pada. jak pada, to nastrój jest ok. i tak nigdzie by się tyłka nie ruszyło. godziny przespane usprawiedliwione. ale akurat nie padało…

tego lidla jeszcze mi nie otworzyli. ale oplakatowali i towar przywieźli. jest data. w tym tygodniu. filip mówi, że można iść i nagrywać ludzi szalonych. karpi już raczej nie rzucą, ale zawsze mogą rzucić torebki. 






piątek, 13 stycznia 2017

błoto

tel aviv po raz drugi. tym razem poleciałam z d. w grudniu. i w tym grudniu to my sobie chodziłyśmy w japonkach (choć miejscowi dziwnie się na nas patrzyli, jedna starsza pani zaczęła nawet na chodniku krzyczeć, strasznie się zdenerwowała, że w zimie chodzimy w klapkach ;)), piłyśmy piwko w plenerze (była to najtańsza opcja: 10 szekli, czyli jakieś 11 zł! zdarzało się znaleźć za 7, ale rzadko. dla porównania piwo w knajpie kosztowało minimum 29 szekli, czyli jakieś 3 dyszki) i znalazłyśmy trochę murali, których w tel avivie nie brakuje. kocham to miasto niezmiennie, choć momentami jest brzydkie jak noc i zakurzone. chciałabym wrócić tam na dłużej, zjeść więcej i obłożyć się na miejscu tym zdrowym i modnym błotem z morza martwego, co to mi je znowu wyrzucili na lotnisku… a przecież przezornie (po doświadczeniach zeszłorocznych) przelałam całe do dwóch stumililitrowych buteleczek. powiedzieli, że za dużo. negocjowałam oczywiście, bo przelewanie tego paskudztwa kosztowało mnie zbyt wiele, żeby tak od razu odpuścić. w końcu pozwolili wywieźć jedną. wystarczy najwyżej na twarz. i wtedy już wiedziałam, że kiedyś jeszcze wrócę tam i cała się nim obłożę.























































































środa, 11 stycznia 2017

i może byś jeszcze włosy ścięła

nowy rok. myślisz "chujowo". nie masz żadnych planów. nie masz i kropka. w ogóle niewiele masz. i może nawet nie potrzebujesz zbyt wiele. jakaś w domu książka, jakiś w kinie dramat, koncert zalewskiego krzysztofa w blue note i w zasadzie jest pięknie. no, byłoby, gdyby nie było... wiadomo. przerzucasz te swoje magazyny vogue, które sobie nazwoziłaś z europy, w nich te foty wystylizowane do granic niemożliwości, modelki przepiękne (też kiedyś ci się wydawało, że nie jest tak źle, a dziś coraz częściej masz problem, żeby sobie dobre selfie zrobić), papier gładki, literki proste, a jeśli krzywe, to tylko ponieważ jest taka koncepcja. wertujesz do upadłego, do nocy, nie masz planów, może chociaż jakąś inspirację znajdziesz, może choć.

i żeby w końcu, myślisz, tego lidla naprzeciwko, co to go w trzy miesiące postawili, ten lewacki sklep dla prawdziwej lewaczki, ci otworzyli. bo jedno wiesz na pewno: że nie zdzierżysz w tym roku tych kajzerek spalonych, tych promocji, których już nie ma przy nabijaniu na kasę (no ja to teraz tego pani nie wycofam, musi pani iść do informacji), tych królowych w informacji (aaaaa!!), tego całego peerelu w tym francuskim rzekomo sklepie, który nie miał do tej pory dobrej konkurencji i widać, że w dupę jeszcze nie dostał (szczerze liczysz, że wszystko przed nim). wypiszesz się z niego, gdy tylko niemiecki dyskont otworzy przed tobą swoje wrota. ha! jednak masz jakiś plan.

i może byś jeszcze włosy ścięła. 







środa, 23 listopada 2016

venice

wenecja robi wrażenie. nawet jeśli przybywamy w deszczu i ledwo możemy trafić do casa accademia (polecam, lokalizacja świetna, a miejscówka przede wszystkim jak na wenecję dość tania, zwłaszcza że pokój dwuosobowy z łazienką, więc luksus jak nie wiem, bo ja to zwykle cs albo pokoje wieloosobowe w hostelach - ale żeby nie było - naprawdę to lubię :)). lokalizacja świetna, choć trafić nie możemy... w wąskich uliczkach z wysokimi budynkami, gdzie kompletnie ginie perspektywa, czasem zupełnie tracimy orientację. drugiego dnia jest już lepiej. nie trzeba w jednej ręce dzierżyć walizki, w drugiej parasola, a w trzeciej, o którą zwykle ciężko, mapy ;) no i jest słońce! ja chodzę w wiosennej parce, d. w samej bluzie! jest pięknie, prawie już nie błądzimy, delektujemy się widokami i włoskim makaronem. nie jest to może moje ulubione południe, ale na weekendowy wypad miasto idealne. zapraszam!