niedziela, 26 lutego 2012

czerwony kapturek

a gdzie ty się wybierasz, dziewczynko?
do babci - odpowiedział czerwony kapturek.

ale ponieważ dłużej zabawił w piątek w meskalinie, w sobotę zaspał i nie pojechał o poranku ze złym wilkiem. wstał po dziesiątej. zjadł naleśnika z nutellą. popił kawą bez mleka (bo mleka nie było). łyknął tabletkę na cellulit. i pojechał pkp przewozy regionalne o czternastej. bez smakołyków. 


ściana cycków

trzeba mieć dużo odwagi, żeby zabrać mamona do knajpy, w której jest ściana cycków (a niektóre z nich to nawet świecą!). warszawa berlin ciąg dalszy...


piątek, 24 lutego 2012

kręgosłup moralny

judytka: ludzie się tak nie zmieniają.
ja: ja się zmieniam.
judytka: nie zauważyłam;)
ja:?;)
judytka: no dobra, ale masz jakiś kręgosłup moralny.

hehehe... z kręgosłupem czy bez - piątek:)))


czwartek, 23 lutego 2012

na lans

m.: jak było? podobno pojechałaś na lans?
o tak... miałam też wrócić wypoczęta i piękna. a wróciłam z nadwagą.

judytka: a kupiłaś sobie coś fajnego?
a.: waniliową colę, niemieckiego vouga i buty w wwie:)


poniedziałek, 20 lutego 2012

niebo nad berlinem

niedziela. mada faka. co to był za dzień. już nawet kupiłam bilet powrotny na rano. ale potem pojechałam na pokaz polskiego filmu na berlinale. zawsze jak człowiek myśli, że ma źle, to powinien sobie zapodać sekret wojcieszka... potem dwa zielone piwa w main haus am see i znowu niebo nad berlinem jest niebieskie. a dzisiaj nawet zaświeciło słońce. foty wkrótce - czytnik kart został w stolicy, ech... 

niedziela, 19 lutego 2012

mac gyver

dojechawszy:) ale nie bylo lekko. dwie godziny stalismy na poboczu, co mamona, ktory dwa wieczory z rzedu pil (i o ile wieczor pierwszy z paula w leniwcu byl jeszcze spokojny, to drugi z lewka i jerzym w grawitacji, klapsie i hustawce, do ktorej, nie wiedziec czemu, wchodzilismy na haslo "mieso", odbil sie nazajutrz dotkliwym bolem glowy), prawie zabilo. na szczescie pan kierowca wydobyl w koncu narzedzia.
jeden z pasazerow dzwoni do znajomego: juz myslalem, ze nie dojedziemy, ale mac gyver naprawil nam autobus:)

juz ja bym sobie z nim zapalila

lewka: i jak tam ten twoj blog?
a.: powinnam byc teraz na gali, ale sianecki sie pomylil:(
lewka: sianecki?? codziennie go mijam w pracy na korytarzu. spoko gosc. czasem sie spotykamy na papierosie.
a.: juz ja bym sobie z nim zapalila!;)

sobota, 18 lutego 2012

śniadanie z maserakiem

charlota. po jedenastej. ja wchodzę, ja pacze (nie mogłam się powstrzymać!), a tam znajoma jakby jakaś twarz. nie dawało mi to spokoju, bo przecież pamięć mam fotograficzną. nie mogłam jeść, choć słoiki z czekoladą stały już na stoliku. aż w końcu sobie przypomniałam! lata czytania pudelka nie poszły na marne. teraz mogę z czystym sumieniem fotografować kanapki - pomyślałam. on w tym czasie dopijał pomarańczowy sok.

sms do judytki: jadłam śniadanie z maserakiem;)
j.: haha, to pewnie teraz kurs tańca?

agent: a to jakieś smarowidło do chleba?


czwartek, 16 lutego 2012

gdyby nie

właściwie, gdyby nie pieprzona walizka, już bym była po śniadaniu. ech...

dociągnąwszy

stacja metro wilanowska. ja idę na myśliwiecką. kawałek mam. śnieg po kolana, ale, ja cież pierdzielę, nie po to oszczędzałam na transporcie, żeby teraz wozić się taksówką! ja nie dojadę tramwajem?? ja nie dojadę?? oczywiście, że nie mam biletu. bo niby skąd miałabym mieć. na gapę do placu zbawiciela poproszę. jest plac. jest charlota. czwórka nie nadjeżdża. a ja tak nie lubię czekać. ciągnę więc niebieską walizkę, która jakby stawiała opór, przez cholerne zaspy. gdybym była słabą staruszką, to może ktoś pomógłby mi ciągnąć. ale ponieważ jestem dziarską dziewuchą, ciągnę sama. 

dotarłszy. dociągnąwszy. nie wyjebawszy się na obcasach w zaspę, choć było blisko:) 


klucze pod wycieraczką

pamiętacie, jak kiedyś nosiło się klucze na szyi i zostawiało pod wycieraczką?:)
dzwoni ciocia: to może zostawię ci klucze u sąsiadów? szkoda, że nie mam wycieraczki...

środa, 15 lutego 2012

bilet za złotówkę

jadę i jadę. ale nie narzekam. skoro ciepło, facebook i bilet za złotówkę. sypie tak, że jak w warsaw wyskoczę w moich "śniegowcach" (8 cm... fuck!), to nogi i ręce połamane... a przecież miałam inny plan. zaczynam od śniadania, po którym już nigdy nie będę mogła założyć nic obcisłego. ale dla tych dżemów, rogalików i czekolad warto. dla tego zapachu kawy i dla tej kawy. i jeszcze dla tych kelnerów warto. a potem? potem jest tyle miejsc, w które nie dotrę z powodu śnieżycy, że najlepiej, jak od razu pojadę do galerii. 
żartowałam:)

a oto kilka fot, którymi miałam pochwalić się już wcześniej. które, mimo kompletnej mojej ignorancji w temacie kompozycji i światła, mają podobno niezłą kompozycję i dobre światło:) 


rastamański kondom, czyli jak mieć udane walentynki...

d.: ten rastamański "kondom" był czad, hehe.

śniegu, nie padaj!

skarpetki, majtki, buty (!!). waga nie wejdzie (zresztą znów się popsuła;)). kiecka w panterkę niekoniecznie... życie miłosne zeruya shalev. kolorowe magazyny z zeszłego miesiąca. termos z czarną kawą. żadnych korekt. żadnych dzieci. warsaw - i come!:)

ps śniegu, nie padaj! nie jadę przecież na narty...

wtorek, 14 lutego 2012

zwolnienie

mamon: jutro jadę na urlop:) filip jest z babcią u wujka. ale może nie powinnam tak jechać bez niego...
(i tu pada odpowiedź, której każda matka oczekiwałaby w takiej sytuacji)
judytka: a przestań! zwalniam cię z obowiązku bycia matką na tydzień!

prowokacja

j.: taki dekolt to czysta prowokacja!
a.: chciałam pokazać to, co mam najlepszego. a że nie są to cycki, to pokazałam plecy;) 

ach, alina, alina...

na imprezie, na której papierosy paliliśmy w naszym oknie, zmarzł doniczkowy kwiat kolegi...
m.: tak, alina, zabiłaś mojego kwiata.

m.: to co ty tam nawywijałaś w ten piątek?
a.: nie chciej wiedzieć... upadłam...;)
m.: upadłaś? gdzie, na schodach? 


fot. grzegorz

lewe lewe

a.: nie rozumiem tego bojkotu. ja lubię walentynki. zawsze jest jakiś pretekst, żeby kupić sobie coś ładnego:)
d.: ja też lubię. mój mąż dostanie z tej okazji rastamański pokrowiec na jajka!


niedziela, 12 lutego 2012

draże kokosowe korsarz

mamonowa niedziela i smaki dzieciństwa: kaszanka z cebulką i draże kokosowe korsarz. ostatnie wystąpienie w obcisłej sukience pozwoliło mi poczuć się szczupło i pięknie. uznałam więc, że mogę coś zjeść.
ale żeby nie było, poszłam też na spacer...  


nie idź za tłumem

sobotę wstałam w południe. wciąż zmęczona po zwierzęcej imprezie. niezły początek ferii - pomyślałam. ale zaraz potem przypomniałam sobie, że idziemy przecież z dorką do kina. był to jakiś punkt zaczepienia. szczerze mówiąc było to najlepsze, co mogło mnie spotkać. wzięłam prysznic. wypiłam kawę. pomalowałam oczy. ubrałam się tak, żeby żaden mężczyzna nawet na mnie nie spojrzał (czyli w spodnie z krokiem w kolanach i bury kubrak) i wsiadłam do tramwaju. przed seansem zgrzeszyłam... czekoladą z chilli w muza art cafe. oparłam się jedynie bitej śmietanie. koniecznie idźcie do muzy! nie za tłumem. w pojedynkę;)
nie idź za tłumem, bo nigdzie nie dojdziesz (margaret thatcher)


sobota, 11 lutego 2012

jak zwierzęta

poszła korekta na imprezę firmową i zrobiła błąd...;)

p.: żaden facet nie doceni tego, że się fajnie ubierasz. chyba tylko gej:) dla faceta nie jest ważne, co na sobie masz. byle to było obcisłe;)
kiecka w panterkę z gołymi plecami (ach te seksownie odstające łopatki!) była chyba odpowiednia;)

zdjęcie sobie soczewek o trzeciej nad ranem po butelce martini zero siedemdziesiąt pięć tipsami powinno być nagradzane drugą butelką!



wystąpili: królik, który bynajmniej nie pił herbaty, mucha, butelka różowego wina, owca oraz drób.