statystyka

środa, 10 lutego 2010

czysto hipotetyczne choć niebezpieczne rozmowy o zaręczaniu się

marc: ...czyli na stoku teraz Ci się nie oświadczać?
ja: chyba że chcesz, żebym szybko spadła.
marc: to chyba ja bym spadł, dźgnięty nartą;)

póki co pojechaliśmy pożyczyć narty.

poniedziałek, 8 lutego 2010

narty

marc chce mnie zabrać na narty. upiera się, choć mówię, że to nie dla mnie i że na pewno albo zlecę z tych gór, albo w tych górach zamarznę. ale przede wszystkim to się martwię, że nie będę dobrze wyglądać na stoku...

niedziela, 7 lutego 2010

prześpię się u niej

sims filipa jest u dziewczyny.
marc do filipa: chyba spać musisz.
filip: prześpię się u niej.
mamon: jak to???
filip: no przecież ona ma dwa łóżka.

uff...

sobota, 6 lutego 2010

lizaki

wczoraj przyjechał mój brat. filipu prawie go nie zauważył, tak był pochłonięty grą w simsy, które kupił mi na urodziny.
brat do żony przez telefon: dobra, kończę. może nawiążę jakiś kontakt z filipem...

daję bratu czysty ręcznik.
brat: nie przesadzaj, jeden dzień, to przecież nie będę się mył.

w międzyczasie, gdy akurat szykowałam się do wyjścia, wpadł kuzyn szczypiornista młodszy z koleżanką.
dokończyłam make-up i zostawiłam towarzystwo pod opieką pierworodnego.
dzwonię skontrolować, czy wszystko ok.
brat: wszystko dobrze, tylko piwo się skończyło i wysłaliśmy właśnie filipa do monopolowego;)

mamon do syna rano: co jedliście z wujkiem na kolację?
filipu: lizaki:)

piątek, 5 lutego 2010

na japku

z wypracowania filipa o feriach:
jeździłem na japku i oglądałem telewizję.

czyli po prostu ferie ful wypas;))

ładny sweter

dlaczego młodziutka ekspedientka, widząc mnie w przymierzalni z marc'iem z góry zakłada, że marc to mój mąż?? czy to znaczy, że jeśli kobieta w moim wieku nie posiada męża, szansa na to, że pokaże się  jeszcze kiedyś na  mieście z chłopakiem naprawdę jest aż tak nikła???
tworzenie stereotypów jest spontaniczną ludzką skłonnością  i takiemu upraszczaniu przekazu podlegają wszelkie ludzkie wyobrażenia o otaczającym świecie (...)
(...) stereotypowe i negatywne spojrzenie na grupę obcą pozwala poczuć się wobec niej lepiej. wikipedia

i ta sama młodziutka ekspedientka, której na wszelki wypadek nie wyprowadzałam z błędu, mówi, że jest taka promocja, że jak się kupi trzy rzeczy, to ta trzecia jest za złotówkę. no to łykamy z mężem haczyk i szukamy czegoś oprócz jednych dżinsów, po które przyjechaliśmy.
a że mąż nie wie, co wybrać, pytam*: a może kupisz sobie jakiś ładny sweter?

* ponieważ dyplomacja nigdy nie była moją mocną stroną...

środa, 3 lutego 2010

nie było takiego budzika

dziś zaspałam, bo nie było takiego budzika, przy którym mi się dobrze wstaje...

ceny topnieją jest napisane

filipu ciągnie mamona do sklepu.
mamon: tam nie idziemy, tam jest drogo.
filipu: ceny topnieją jest napisane.

niedziela, 31 stycznia 2010

od pełni do pełni

mam nieodparte wrażenie, że moje życie toczy się od pełni do pełni. prawie w ogóle nie da się żyć. 

z mamona w tygodniu nieobecnego zmieniłam się w matkę w weekend sprzątającą. w końcu wyrzuciłam choinkę.

marc wraca jutro. znowu mam całe łóżko dla siebie, ale wcale mnie to nie cieszy. miałam popracować, a skończyło się na pedicure i galeriankach.

piątek, 29 stycznia 2010

z dziewczynami

czasem trzeba się gdzieś wyrwać z dziewczynami...

czwartek, 28 stycznia 2010

forever

mamon stracił filipa z oczu zaledwie na tydzień, a pierworodny urósł tak, że prawdopodobnie plac zabaw w ikea będzie już dla niego zamknięty forever...

żeśmy się wpakowały

zasypało chodniki. jak tylko odebrałam kozaczki od szewca. czeka mnie karkołomne pokonywanie zasp - tak żeby niczego sobie znowu nie połamać i za bardzo się nie spocić (bo temperatury dziś wiosenne). ale przecież nie zrezygnuję z wieczoru w oparach delikatnie mentolowych vougów. tym bardziej że potem nocuję u marca. marc nie krzyczy, że znowu paliłam, i zawsze robi mi śniadania;)

ps. mamichalska przedwczoraj przedstawiła swojego kawalera swojej zosi.
ps dwa. wygląda na to, że poważnie żeśmy się obie wpakowały...;)

środa, 27 stycznia 2010

reklama

przyznaję... znowu się sprzedałam... ale jest koniec miesiąca, mam rachunki, złe sny o tym, że nigdy nie dojdę do dużych pieniędzy i zespół napięcia przedmiesiączkowego.

ps. a propos uposażenia - wczoraj dostałam podwyżkę. nie żeby zaraz na bóg wie co, ale na dobrego fryzjera ze zniżką dla stałych klientek powinno wystarczyć;)

wtorek, 26 stycznia 2010

quiz zimowy

pyt. do ilu stopni poniżej zera musi spaść temperatura, żebym kupiła sobie czapkę?
a) -30
b) -40
c) nie ma takiej
d) ewentualnie mogę założyć kaptur
   
ps. prababcia helenka całe życie mi powtarza, że 90% ciepła ucieka przez głowę...
ps dwa. prababci helence na głębokiej prowincji zamarzła skrzynka na listy...

na emeryturze

babcia elka do filipu: mój ty filipku kochany!
filipu do babci elki: moja ty babciu na emeryturze!

poniedziałek, 25 stycznia 2010

nie patrz w dół

najgorsze, co może się przytrafić kobiecie w stolicy, to złamać obcas w jedynych, ulubionych kozaczkach z lakierowanej skórki, popisowo poślizgnąwszy się na schodach, nawet na żaden lód jeszcze nie wylazłszy... gdy odpicowana i pachnąca guccim wybiera się akurat z chłopakiem na wieczorny lans... no fuuuck.

może i nie miałam w czym wyjść z domu, ale w tej sytuacji musiałam się przecież napić. więc choć serce bolało, odkurzyłam ciocine obuwie, a gdy dotarło do mnie, że nie jest ono tak efektowne jak ciocine perfumy, mało nie umarłam. marc, nadspodziewanie dobrze rozumiejąc mą osobistą tragedię (albo też bardzo dobrze udając, że naprawdę ją rozumie), na wszelki wypadek zabronił mi tego wieczoru patrzeć w dół...

piątek, 22 stycznia 2010

randka

choinka nadal stoi. nie mam czasu jej rozebrać, bo pracuję. głównie to zarabiam na prąd. 
jutro jedziemy na randkę. do warszawy. powinnam się chyba spakować.

czwartek, 21 stycznia 2010

wszystko, co kocham

on: punk nie może być romantyczny.
ona: wszystko może.


fot. plejada

wtorek, 19 stycznia 2010

główny cel w życiu

kolega o moim zamążpójściu: to powinien być teraz twój główny cel w życiu, a ty sobie to tak lekko traktujesz.

cape brandy pudding

na prośbę czytelniczki/ka podaję przepis na cape brandy pudding, czyli po mojemu ciasto daktylowe, który znalazłam tu.

co...
25 dkg suszonych daktyli bez pestek, 1 łyżeczka sody, 400 ml gorącej wody, 11 dkg masła + 15 g (do syropu), 20 dkg cukru + 25 dkg, 2 jajka, 24 dkg mąki, 1 łyżeczka proszku do pieczenia, szczypta soli, 125 ml koniaku, aromat waniliowy.

jak:
daktyle pociąć w małe cząstki i podzielić na 2 porcje. do jednej dodać sodę i zalać gorącą wodą (250 ml), zamieszać i odstawić do wystygnięcia. wymieszać bardzo dobrze masło, cukier i jajka (mikserem). dodać mąkę, proszek do pieczenia i sól, wymieszać. dodać daktyle bez wody i wymieszać. dodać daktyle z wodą i wymieszać ponownie. Piec 40-50 min w 180 stopniach.

i jeszcze syropek:
190 ml wody zagotować z 15 g masła i 25 dkg cukru na małym ogniu przez 10-15 min, dopóki nie "ciągnie się". po odstawieniu z ognia dodać 125 ml brandy (koniaku) i kilka kropel aromatu waniliowego. zalać gorące ciasto. serwować na ciepło lub zimno, po całkowitym wsiąknięciu syropu, z bitą śmietaną (bez cukru) albo lodami waniliowymi.

wypróbowałam również wersję bezalkoholową. też pyszna. miłego pieczenia!

nie nabałagani tyle

babcia (dzwoni z życzeniami): a jesteś sama czy masz gości?
ja: mam jednego...
babcia: to nawet lepiej - nie nabałagani tyle:)

paella

moja elka nie tylko zamówiła tort, ale po 30 latach zupełnie nietrafionych prezentów (z wyjątkiem tych, które kupiłam sobie sama) w końcu trafiła! na wszelki wypadek musiałam ją jednak ostrzec - bo ryzyko jak zwykle było duże: mamo, naprawdę dobrze się zastanów, czy na pewno chcesz dać mi ten prezent...
ale dobrych kremów przeciwzmarszczkowych w łazience w moim wieku nigdy nie jest za dużo.
 
po pracy czekała na mnie paella...

poniedziałek, 18 stycznia 2010

31...

najgorsza rzecz, jaka się może człowiekowi przytrafić, to mieć urodziny w poniedziałek...

sobota, 16 stycznia 2010

ja mięknę

czym facet mi imponuje? kiedy na przykład niespodziewanie przywozi narzędzia (bo nie spodziewa się, że ja mam całkiem nieźle wyposażoną skrzynkę z narzędziami)  i z własnej nieprzymuszonej woli naprawia mi szafę, której według mnie nie da się już naprawić. a co najważniejsze - sam wcześniej się domyśli, że dobrze by było, gdyby półki z niej nie wypadały... (podczas gdy ja już dawno machnęłam  na to ręką i, nie mając chwilowo innego wyjścia, przyzwyczaiłam się).

ps. marc umie też wymierzyć drzwi do  łazienki oraz ma wiele innych zalet...
ps dwa. ja mięknę i coraz częściej robię mu te nieszczęsne śniadania do pracy...

czwartek, 14 stycznia 2010

zima

ujebawszy buciki, zakopawszy się w zaspie, zamarzłszy...

środa, 13 stycznia 2010

groźba

znowu była chryja, bo zakochany mamon nieopatrznie wyrzucił do śmietnika wąsy, myląc ze śmieciem jakimś (bo walały się po podłodze w jego osobistej sypialni...), przez co filipu rzucił się w rozpaczy na łóżko, grożąc, że teraz to on na żaden bal nie pójdzie (biorąc pod uwagę, że ja w takich sytuacjach groziłam, że się zabiję, i tak był dość miły), gdyż ponieważ nie ma przebrania (ale bądźmy szczerzy - parę elementów jeszcze zostało...).   
błogosławione niech będą imprezy dziecięce, przed którymi w domu jest spokojnie, cicho, nudno...

na szczęście zbliżają się ferie...



wtorek, 12 stycznia 2010

good cook

czas wypełnia mi ostatnio miłość. miłość i korekta... prawie połowa stycznia, a ja ani nie zmieniłam kalendarza, ani nie wyniosłam choinki. zaniedbałam nawet zimowe wyprzedaże, które spadły już pewnie poniżej 70%. jak znam życie, obudzę się po letnich... a propos życia, trafił mi się wczoraj podczas lektury niezły kwiatek - byk, o jakim marzy niejedna korekta; ech, rzycie;) i wtedy przemknęła mi przez głowę taka myśl, że moja praca może mieć nawet jakiś sens... 

filip miał napisać zdanie ze słowem good. i napisał... my mum is a good cook. wyraźnie! w zeszycie!! i pani to przeczyta:)))) ale dzisiaj gotuje mój boyfriend. stuknął nam miesiąc - zaznaczam na wypadek, gdyby ktoś wątpił, że żyje jeszcze mężczyzna, który jest w ogóle w stanie znieść mnie tak długo;)

ps. przeczytałam jeden z ostatnich postów jolindy i szczególnie spodobało mi się jedno stwierdzenie, które natychmiast zgapiłam... i ujebawszy buciki, wróciłam z pracy do domu...

nie przywiązuj ich do pala

filip przebiera się za bandytę na bal szkolny "kowboje i indianie". marc robi mu lasso.
ja do filipa: tylko uważaj, jak będziesz łapał te indianki, żeby mnie do szkoły nie wzywali...
marc: nie przywiązuj ich do pala!

niedziela, 10 stycznia 2010

tak dziwnie na mnie patrzy

filip: ola się tak dziwnie na mnie patrzy...
ja: może się w Tobie kocha?
filip: no wiem, ale ja jej nawet nie lubię!

czwartek, 7 stycznia 2010

marynarka

marc, wychodząc: zabrać marynarkę..?;)
ja (równie rozpaczliwie, jak filip marzący o etacie szaleńca): nie!!

szymon szuka szaleńców

ogłoszenie w tvnie: szymon szuka szaleńców.
filip (wielki fan szymon majewski show) rozpaczliwie: ja chcęęęę!

z ładnych parę lat

dostałam propozycję: czy może pani zrobić korektę pozostałych wersji językowych i ile czasu to zabiera (jęz. angielski, francuski, niemiecki, portugalski)? biorąc pod uwagę, że w zasadzie znam tylko polski, myślę, że z ładnych parę lat;)

wtorek, 5 stycznia 2010

jedna męska marynarka

nie minął miesiąc, a w moim życiu zaszły poważne zmiany: jeden męski żel pod prysznic w łazience, jedna szczoteczka do zębów więcej na umywalce, jedna męska marynarka na wieszaku... (jak go akurat nie ma, to się wtulam i wącham).

niedziela, 3 stycznia 2010

pupa się nie obije

drugiego stycznia siłą niemalże zostałam w końcu wyciągnięta z wyra i wywieziona na lodowisko. ponieważ był to mój pierwszy raz (zdaję sobie sprawę, że trzydziestolatka w ogóle nie powinna się do tego przyznawać...), mile mnie zaskoczyło, że się nie połamałam, a w dodatku utrzymałam pion. filipu za to upadał za dwoje, a po wyjściu orzekł, że jego noga więcej na tym lodzie nie postanie, a tym samym pupa się więcej na nim nie obije...

same miłe rzeczy

nowy rok... zaraz po przebudzeniu, około trzynastej, wspomnienie rewelacyjnej chińszczyzny marca (zaznaczam, że gotowanie dla mnie to drugi z kolei bardzo ryzykowny temat - zaraz po kupowaniu prezentów...), stary cudowny almodovar, pt. czym sobie na to  wszystko zasłużyłam, z kolekcji, którą marc dostał pod choinkę, pstrągi pieczone w folii, lody z brownie według przepisu nigelli etc... same miłe rzeczy... jeśli cały rok ma wyglądać jak pierwszy jego dzień, będziemy dużo spać, dużo jeść i dużo się kochać, ale co najważniejsze nie będą mnie dręczyć żadne głupie postanowienia noworoczne, bo w tym roku postanowiłam, że ich nie robię.


 

czwartek, 31 grudnia 2009

sylwester 09

 marc robi chińszczyznę. ja robię makijaż.


 happy new year!

środa, 30 grudnia 2009

priorytety cd.

judyta: nie oglądałam skoków. poszłam do browaru:)

priorytety

priorytety są różne. jedni wolą skoki, inni wyprzedaże. jednak rezultaty wczorajszego shoppingu dowodzą, że należało raczej zostać w domu przed tv i zakibicować...

ps. zbliża się pełnia. na razie nic nie robię. bo i tak się nie uda. a już na pewno nie pójdę do fryzjera. w nowy rok wejdę z grzywą zasłaniającą widoki.

poniedziałek, 28 grudnia 2009

złoty chłopak

marc wrócił i powiedział, że mogę spokojnie nie robić mu śniadań, a tę śmiałą deklarację opublikować na swoim blogu. a ja, w międzyczasie, rozdarta - między uczuciem, równouprawnieniem i zdrowym albo i nie egoizmem - zdążyłam zaprosić go na obiad. nie wiem, czy sprawił to smak mego bolognese, ale wybaczył mi nawet, że w nocy (ale mnie nie pytajcie, bo ja wtedy spałam...) ściągałam z niego kołdrę (przy czym mieliśmy dwie...). złoty chłopak mi się przytrafił. bez dwóch zdań.

śniadanie do pracy

czy dobre kobiety robią swoim mężczyznom śniadanie do pracy..? jeśli tak, to nie jestem dobrą kobietą. nie dosyć, że nie musiałam wstawać o poranku, to jeszcze wypuściłam marca bez śniadania... obiecał, że kupi po drodze. ale czy po pracy jeszcze do mnie wróci??   

sobota, 26 grudnia 2009

w mcdonaldzie

waszyngton waszyngtonem, ale wujek antyglobalista grubo przesadził, gdy skrytykował kabaret neonówka i lego star wars. efekt jest taki, że jemy jutro z filipem w mcdonaldzie.

na pograniczu, średnia

drugiego dnia świąt poziom zblazowania zwykle osiąga u mamona apogeum... głęboka prowincja nie zapewnia atrakcji, jakich mogłabym oczekiwać, gdy mam wolne. a kto choć trochę mnie zna, wie, że spacery po okolicznych lasach sprawy nie załatwią. nie przy tej temperaturze. i nie bez makijażu (rozleniwiłam się na tyle, żeby nie zaprzątać sobie nim głowy).
na dodatek w telewizji polskiej wielkie nic. pozostaje trzeci sezon tudorów na wiernym hp i wspomnienie czy jest tu panna na wydaniu kondratiuka - taka nam się wczoraj perełka trafiła; 

stanisław o dziewczynie: za piękna dla mnie.
wuj: za piękna? to jaka ma być??
stanisław: na pograniczu, średnia.

stanisław: a gdzie ty spędzasz wolny czas?
dziewczyna: w ogóle nie mam wolnego czasu i nigdzie go nie spędzam.

wuj do stanisława: były pewne przeciwności, ale rozwiały się.

stanisław do dziewczyny: podyskutujmy na dowolne tematy.

waszyngton

gdyby po kilku dniach wujkowej propagandy zapytać filipa, kto jest winien…* bez wahania odpowiada, że waszyngton... muszę to teraz jakoś odkręcić, żeby mi czasem dziecka nie wyrzucili ze szkoły za powtarzanie głupot.

filip gra z wujkiem antyglobalistą w szachy. gdy wujek z premedytacją traci trzeci pionek, filip staje się podejrzliwy: czy ty mi się wujek czasem nie podstawiasz?

*wstawić cokolwiek

czwartek, 24 grudnia 2009

tak się modlę

dla wszystkich zakochanych na święta... zwłaszcza dla tych, którzy w wigilię odwożą swoje dziewczyny na głęboką prowincję i dla tych, którzy umawiają się z nimi o północy na pasterkę...
  



babcia składa mi życzenia: i żebyś znalazła fajnego chłopca, tak się modlę.
ja: a jeśli już znalazłam..?
babcia: to możliwe - ja już się modlę z pół roku.

środa, 23 grudnia 2009

teatralna musi poczekać

jacek: mam  nadzieję, że wielkie ryby show biznesu cię nie zjadły i stawisz się na święta w rodzinnym mieście. pamiętaj, teatralna czeka na nas!!!
teatralna musi niestety poczekać do ferii - jutro wyjeżdżam na głęboką prowincję.
lektura na drogę: mąż i żona. porażająco mądra opowieść o pułapkach czyhających w więzieniu, jakim bywa małżeństwo... (the guardian). w sam raz dla zadurzonej jak nastolatka...

ps. brzydula skończyła się happy endem!
ps dwa. sernik z nowego jorku w piekarniku. 
ps trzy. prezent dla marca pod choinką...

po prostu były mi niezbędne

nudząc się w pracy przedświątecznie, kupiłam sobie buty. online - w bacie zaczęły się wyprzedaże... może i nawet  kupiłabym je, gdybym się nie nudziła. bo warto. bo są bjuti. bo zawsze chciałam  takie mieć. bo wyglądały na wygodne. bo w ogóle bardzo dobrze wyglądały. bo ja w nich będę dobrze wyglądać. bo jestem kobietą. bo akurat mam taki kaprys.  bo akurat na konto wpłynęła wypłata. bo zawsze mogę je sobie dać pod choinkę. bo jest tysiąc innych powodów, dla których po prostu były mi niezbędne... 

przeżywanie

znowu to robię, powtarzam: sednem pisarstwa kobiet jest przeżywanie. jakże często to pisanie-przeżywanie nasi panowie mylą z emocją, histerią, miesiączkowaniem i klimakterium. tamara bołdak-janowska

wtorek, 22 grudnia 2009

z przerwą na brzydulę

pyknę jeszcze jedną pilną korektę, z przerwą na wstawienie makaronu i brzydulę, wytuszuję rzęsy i mogę umierać. szczęśliwa, że nie jem sama, że mam dla kogo gotować, i że ten, dla kogo gotuję, nie gardzi mymi sosami, a śmiem nawet zaryzykować wybieg, że bardzo polubi me sosy.

ps. dziecko wysłane z babcią elką do prababci helenki.
ps dwa. jedyna megaelegancka empikowa kartka świąteczna wysłana do byłego najlepszego mamonowego szefa.

lubię być kurą domową

kiedy widzę takie zdjęcia, jestem za uznaniem patriarchatu i przyjęciem nazwiska po mężu.



 
fot. pudelek

ps. to może być prawda, że każdy zakochany jest poetą... bo na pewno nie jest feministką;)

poniedziałek, 21 grudnia 2009

schody

gdy marca darcy'ego poznaje się w grudniu, schody zaczynają się nadspodziewanie szybko... nie mam bladego pojęcia, co się chłopakowi kupuje pod choinkę. wypadłam z obiegu. zmuszona koniecznością świetnie opanowałam wybór prezentów dla dzieci do lat siedmiu, ale kategoria podarków dla mężczyzn pozostała daleko poza moją percepcją... chociaż i tak najgorzej ma t., bo nawet ja sama nie podjęłabym się szukania prezentu dla mnie... to może być początek końca;))