ps. moja elka, jak tylko się oddaliłam, przeczytała całego mamonowego bloga. mało, że nie wydziedziczy, to jeszcze podobno nawet się pośmiała.
poniedziałek, 20 lipca 2009
gołąbki mojej elki
ps. moja elka, jak tylko się oddaliłam, przeczytała całego mamonowego bloga. mało, że nie wydziedziczy, to jeszcze podobno nawet się pośmiała.
niedziela, 19 lipca 2009
raczej mam przegrane
robię blogowe zestawienia i z niepokojem stwierdzam, że mój blog powinien się nazywać "grube uda" (wspomniałam o nich zdecydowanie za dużo razy). z zestawień wynika także, że naobiecywałam nieroztropnie (jak głupia!) zbyt wiele rzeczy, których dotąd nie zrobiłam; nie pomalowałam podłogi w sypialni (bo farby były za ciężkie), nie założyłam osobnego ciuchowego bloga (bo nie miałam fotografa), nie pojechałam na koncert lennego (bo lało), nie kupiłam masażera (sama nie wiem dlaczego, ale pewnie zamiast masażera kupiłam jakiś fajny ciuch), nie zrobiłam blogmamonowych wizytówek (bo nie było czasu), nie założyłam aparatu na zęby (ale tu uwaga! - zrobiłam już odlew szczęki, więc wszystko jest na dobrej drodze), nie byłam grzeczna...
dzięki bogu, że na tym się skończyło, bo mogłam przecież obiecać zamążpójście...
ps. aha, do jakiegoś dwudziestego szóstego posta słowem nie poruszyłam tematu mężczyzn. potem poszło już z górki. od tej pory raczej mam u nich przegrane.
piątek, 17 lipca 2009
kawa
a propos dziecka, wieczorem zobaczę filipa i cieszę się, jak dziecko! elka szykuje gołąbki. jak ja dawno nie jadłam gołąbków. jak ja dawno niczego pożywnego nie jadłam... wczoraj przypadkiem spotkałam halinkę w sklepie. szukała sukienki na wesele siostry. (ja jak zwykle łaziłam bez celu).
ps. blog jutro kończy pół roku! jacek-kurt kończy jutro trochę więcej, ale nie wygląda!!
ps dwa. mamichalska jest u zosi. widzimy się w poniedziałek.
czwartek, 16 lipca 2009
to nie jest sprawiedliwe
w dodatku w największy upał lata wcisnęłam się w dżinsy...
na drugie śniadanie jem pastę jajeczną domowej roboty z majonezem i czarnym pieprzem - z nadmiaru jaj z krótką datą ważności.
filipu z babcią elką robią ognisko na działce (jakby upał był za mały). brat z bratową już za oceanem. a wydaje się, że wczoraj kupowali bilety.
zastanawiam się, gdzie bym teraz była, gdyby życie było sprawiedliwe...
środa, 15 lipca 2009
naprawdę moje geny
łapczywie odbieram maile
wczoraj przed śmiercią z samotności, niemocy twórczej i ogólnego braku sensu uratowała mnie halinka. zjadłyśmy razem obiad w werandzie. na obiad był tort bezowy. na deser po papierosie. za gorąco na rosół.
jak tylko wpłaciłam zaliczkę za kwaterę, zaczęłam podejrzewać, że kobiecina z zachodniopomorskiego zapadnie się pod ziemię z moimi ciężko zarobionymi dzięgami. a już wszystkim się pochwaliłam, że wyjeżdżamy na wakacje...
w lodówce znalazłam dziesięć jaj z jutrzejszą datą ważności. filip nigdy by na to nie pozwolił - filip uwielbia cholesterol.
wtorek, 14 lipca 2009
rekrutacja
z sześciu potencjalnych opiekunek dla filipu, ostały się dwie. wybrałam pannę zuzannę.
w zeszłym roku przed urlopem szukałam dziewuszki na zastępstwo. najlepszy szef świata wymyślił, żeby mu gwyneth paltrow zrekrutować. szybko obniżył poprzeczkę i gdy za trzema kandydatkami zamknęły sie drzwi, powiedział: ok, nie musi być gwyneth, ale żeby chociaż tępota z oczu nie patrzyła...
poniedziałek, 13 lipca 2009
zapadły się poliki
jak tak dalej pójdzie, pokaleczę się o własne kości. przecież chciałam tylko wyszczuplić uda i ujędrnić pośladki. a zapadły się poliki i wystają żebra. piersi mam jak nastolatka.
dziś casting na opiekunkę. przybędzie sześć. piękna (ale przede wszystkim, jak trafnie zauważyła halinka, młoda) malwina rzuciła posadę z powodu wyprowadzki. modlę się, żebym nie schudła bardziej, jeśli żadne dziewczę się nie nada.
ale dupatam, jak mawia jolinda. najważniejsze, że załatwiłam morze! filipu ucieszył się tak, że mało słuchawka telefonu mi nie pękła. zastanawiam się teraz, gdzie nastolatki kupują kostiumy kąpielowe...
nie pójdzie przecież do kościoła
teraz siedzi i wącha, i liczy dni urlopu: raz, dwa - na razie nie chce być inaczej, na razie musi tak być. na szczęście razem z weekendem są cztery. cztery dni z ukochanym filipu!
ps. jacek-kurt też już na mnie czeka.
niedziela, 12 lipca 2009
oceniam nie po tym
niby banalna historia o namiętnym seksie bez miłości i wielkiej miłości bez namiętnego seksu za to kończącej się tragicznie. ale nie daje mi spokoju. czy dobra miłość i dobry seks to się czasem w życiu łączy? czy zawsze musimy wybierać, czy zawsze musimy iść na kompromis, czy zawsze oczekujemy za dużo, czy zawsze wiemy, czego chcemy…? zdecydowanie nie powinnam oglądać takich filmów. zwłaszcza gdy jestem sama w domu. wybieram parzenie niedzielnej kawy, pieczenie tarty na cieście francuskim, i nierozmyślanie na trudne damsko-męskie tematy. bo z góry wiadomo, że niczego mądrego nie wymyślę.

ps. jakby było mi mało nielekkich historii miłosnych, zaczęłam czytać malowany welon.
sobota, 11 lipca 2009
edkowa konkubina
niestety, ponieważ piwa po koncercie było jednak za dużo, głowę mam dziś za ciężką na korekty. obejrzę sobie raczej jakiś film. milk i gomorra odpadają. natomiast lekki diario de una ninfómana, biorąc pod uwagę wczorajsze fantazje, wydaje się być idealny.
piątek, 10 lipca 2009
człowiek bardziej poukładany
ps. dziś koncert marii.
mcdonalds wypisany na twarzy
gdy pijemy przy nim colę, ostentacyjnie zamyka oczy.
czwartek, 9 lipca 2009
przyciąganie
mamonowi pozostaje zadzwonić na aparat stacjonarny;
wujek, który odbiera: halo?
ja: cześć wujek! daj mi dziecko.
wujek: poczekaj, przyciągnę go.
wujek przez dobrą chwilę przyciąga, a potem następuje rozmowa, ale głównie mówię ja. moje dziecko myśli o bajce, której oglądanie właśnie przerwała mu matka...
żadnych prowokacji
nie zjadłam obiadu. nie było czasu. jeśli kiedykolwiek miałam ponętne krągłości, właśnie zanikają.
nie mogę spać. myślę o zrzucanych garniturach. i za krótkich sukienkach, które bezmyślnie kupuję, bo i tak nie mam ich gdzie ubrać.
plany na jutro: praca, obiad (!), dentysta, sprzątanie łazienki, seks w wielkim mieście. żadnych prowokacji i żadnego wydawania pieniędzy!
środa, 8 lipca 2009
szpinakowe lato mamona
ps. podobno przemiana w wilkołaka nadchodzi zawsze w pełnię ksieżyca...
poniedziałek, 6 lipca 2009
jak się kończą dancingi...
etat krasnala
ps. ja to mam wyczucie chwili: udało mi się, umawiając z dentystką, idealnie trafić w pełnię... wizytę przełożyłam, kłamiąc bezczelnie, że wypadło mi coś ważnego... ale nie przyznam się przecież, że wierzę w astrologię...
niedziela, 5 lipca 2009
wsi spokojna
po dwóch godzinach moje uda były grube, czerwone i płonęły, ale zamiast okładać się zimną maślanką, poszłam z pierworodnym na boisko. a na boisku torsy, mundury i węże - nasze pierwsze gminne zawody strażackie. z przejęcia zrobiłam same nieostre zdjęcia.





sobota, 4 lipca 2009
każdy ma takiego openera...
wstałam o piątej. biorąc pod uwagę, że usnęłam na tv około pierwszej, jest to jakiś tam wyczyn. oby tylko żadnych przygód w pociągu (ponieważ pewne rzeczy dzieją się jednak bez powodu).
nie mogę się doczekać filipu.
piątek, 3 lipca 2009
pączek w maśle
czwartek, 2 lipca 2009
matki polki gotują rosół
ps. jedyny optymistyczny news dnia to koncert marii p. wkrótce na zamku. i tym razem - choćby grzmot miał mnie zabić - idę! halinka też idzie. a żeby nikt sobie nie myślał, co też matki polki robią na wakacjach - one robią rosół. z dedykacją dla wszystkich housewife:
środa, 1 lipca 2009
stylista
ps. nie rozumiem, dlaczego halinka wątpi, żebym posłuchała stylisty...
ps dwa. dawno temu na pewnej sesji miałam najlepszą stylistkę świata! garderoba była raczej kusa, ale judytka dała z siebie wszystko. i słuchałam jej w ciemno!
zero tolerancji
za to odezwał się r.:
ps. dorcia zapytała wczoraj, czy oglądałam kiedyś seks w wielkim mieście. ale dorcia pierwszego dnia wiosny rozdaje też dzieciom bożonarodzeniowe zające... pytanie natomiast nominowałam do kategorii: pytanie roku.
poniedziałek, 29 czerwca 2009
jak zaklinać miłość
aby nie rozpłakać się w poduszkę, z którą i tak spędziłam pół dnia, poszłam do kina. dorcia poleciła mi rusałkę, a ponieważ filmy, które poleca dorcia należą do najlepszych, bez wahania kupiłam bilet. ten magiczny film uświadomił mi, że nie wszystko, co sobie wymarzymy, musi być dla nas dobre. a jednak mimo to, marzyć trzeba. dowiedziałam się też, jak zaklinać miłość na papierosach vogue (czyli po coś palę właśnie vogue!); piszemy imię ukochanego na papierosie i wypalamy. potem jest już nasz.

ps. dzisiaj nie jestem w stanie napisać nic więcej, ale koniecznie idźcie do kina!
sobota, 27 czerwca 2009
idę tam, gdzie chcę
piątek, 26 czerwca 2009
zołzy a koniec świata
tytułowa zołza nie jest jędzą ani wrednym babsztylem. zołza to kobieta niezależna, która będąc w związku z mężczyzną, nigdy nie przestaje być sobą. ma poczucie humoru i życzliwy charakter. zna swoją wartość. mówi, co myśli, i robi, co chce. jej zadziorność pociąga mężczyzn i podnosi temperaturę związku.
najwyraźniej jestem zołzą, a oni powinni się ze mną żenić... a jednak się nie żenią. burzy to całą moją teorię, że prędzej facet poleci w kosmos, niż poślubi niezależną kobietę. według metra, tacy np. górale (czy biedna mamichalska już o tym wie?), wcale nie lubią silnych kobiet. no bo jak im te siłaczki zaczną chodzić po górach, albo nie daj bóg do pracy pójdą, zamiast doglądać kuchni, pralki i zlewu, to będzie koniec świata! temat zołz i ich wpływ na tenże postanowiłam jednak zgłębić.
***
zindoktrynowana skutecznie wczoraj, dziś przeszukuję internet. wśród ebooków, które mnie intrygują, oprócz wspomnianego, są: grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne idą tam, gdzie chcą, jak zarobić 25 tys. w 18 miesięcy, systemy toto lotka i jak włamać się no konto użytkownika gg... (czy za lekturę ostatniego na pewno mnie nie zamkną?)
***
michael jackson nie żyje. to dopiero koniec świata i rok bawoła w jednym!
czwartek, 25 czerwca 2009
...
środa, 24 czerwca 2009
prawie jak d'artagnan
ps. czy wszystkie dzieci wyjątkowe umiejętności dziedziczą po matkach? bo nasze na pewno!
przechodzi koło nosa
wracając zahaczył o rzeźnię. a ponieważ miłośnicy teatru nie dopisali (a wręcz w trakcie poszukiwań okazało się, że w ogóle ich wokół mamona nie ma), a bilety na spektakl kosztowały więcej niż kawa, na którą wydał ostatnie złotówki, zrozumiał, że tegoroczna malta znów przechodzi mu koło nosa...
ps. lidzia urodzi drugą córkę - to już pewne. imię hanna monthana raczej nie przejdzie, ale grunt, że mała jest zdrowa, a buźkę ma piękną jak mała miss.
wtorek, 23 czerwca 2009
o niebo cięższa randka
po pięciu minutach chciałam uciekać, na co nie pozwalała mi tylko wrodzona przyzwoitość. modliłam się o jakiś malutki kataklizm. a gdy moje modły zostały wysłuchane i m. zaczął się zbierać na następne tzw. "służbowe" spotkanie, szlag mnie mało na miejscu nie trafił. (i zrozumcie tu kobietę!)
ale najgorsze, że niczego nieświadomy m., bo widać sam bawił się przednie..., chciał pożegnalnie całować i dzwonić, żeby umawiać się ponownie (!??). jak to możliwe, że po randkach, na których iskrzy, faceci nie są zwykle wylewni, a po tych, na których o iskrzeniu mowy nie ma, a ja nawet nie próbuję udawać, że się nie nudzę, jest bardziej niż pewne, że zaplanowali już dłuższe pożycie..?
w domu (ponieważ byłam zdecydowanie za wcześnie), pomalowałam sobie paznokcie u nóg na czerwono (w związku z czym od razu podskoczyło mi libido). i natchniona wspominkami napisałam do chłopaka. chłopak ma nową pasję. jeździ teraz na quadach. ja mam starą słabość do chłopaka...
poniedziałek, 22 czerwca 2009
niesamowicie ciężki poniedziałek
ps. w krakowie na lennym k. lało. wiem, że to podłe, ale się cieszę. cały weekend struta chodziłam przez ten osobiście odwołany wyjazd.
piątek, 19 czerwca 2009
co lepsze teksty cd.
filip: nie oj, tylko przeproś.
***
filip przy obiedzie: szkoda, chciałbym z takim sosem, ale nie smakuje mi.
***
ja: ale ładnie zbudowałeś ten tor.
filip: no, to jest łatwe. nie spodziewałem się, że to jest takie łatwe.
utracone chęci
filip weteran wyjazdem na trzecią zieloną szkołę w swoim życiu specjalnie się nie stresował. powrócił za to przejęty, z polikiem różowym i okiem błyszczącym, a wszystko to od nadmiaru atrakcji, z których poza domem do woli - albo dopóki cierpliwość pani kasi się nie skończyła - korzystał. do wiadomości zdeklarowanych przeciwniczek jedzenia mięsa - dorci, judytki i kamili - dzika nie piekł.
mamon natomiast chęci do podróży utracił, gdy po raz kolejny tej wiosny zmieniła się pogoda. i grozi, że jeśli jeszcze jedna kropla deszczu spadnie mu na cokolwiek, utraci je bezpowrotnie!
w związku z powyższym wyjazd na koncert lennego k. odwołany. mamichalska mówi, że jesteśmy stare. i nie wypada się z tym nie zgodzić. pozostają nam już tylko odnowy biologiczne, peelingi złuszczające i kremy silnie przeciwzmarszczkowe wklepywane wieczorem i o poranku.
ps. ponieważ nadal jestem w nim zakochana, a ta piosenka chodzi za mną wszędzie:
czwartek, 18 czerwca 2009
niezłe dilemmas!

środa, 17 czerwca 2009
zielona szkoła
dziś - spore już całkiem - wyszło. i mało tego, że wyszło - ono wyjechało! samo (czyt. bez mamona)! do lasu!!! z dwiema dychami w kieszeni ostatnich niepodartych dżinsów.
wtorek, 16 czerwca 2009
leżeć i pachnieć
filipu jedzie na zieloną szkołę. oczekuje, że po robocie spakuję mu gatki, kupię kalosze, dam 20 zł na zupełnie niepotrzebne pamiątki i rogala chipicao na drogę.
a przecież ja powinnam dziś leżeć i pachnieć. i co najwyżej cieszyć się moją nową wężową kopertówką nabytą na wyprzedaży w mango naprawdę tanio (błogosławione niech bedą przeceny!) w osobistym prezencie imieninowym.
poniedziałek, 15 czerwca 2009
wypad(ł)am z obiegu
środa, 10 czerwca 2009
randkowa pustynia
w tramwaju czytam elle: krótki romans na urlopie idealnie podnosi naszą samoocenę. mnie wystarcza krótki flirt na gadu. po takim romansie w tropikach umarłabym chyba z samouwielbienia...
ps. na długi weekend muszę jednak dołączyć piosenkę;
z lenistwa nie agitując
w pracy weszłam na bobbyy. nie wiem, jak to z blogiem zrobiliśmy, że z lenistwa nie agitując, zdobyliśmy piekną setkę głosów! bratu i wszystkim pozostałym, mniej lub bardziej świadomie głosującym, bardzo dziękujemy! gdybym choć przypuszczała, że liczymy się w tej grze, agitowalibyśmy i urabiali potrójnie.
wtorek, 9 czerwca 2009
spa
- ramka Rosenthala 350-500 zł/1 szt.
- eleganckie ręczniki
- wyjście do spa
jeszcze chwila a stanęłoby na spa. ledwo się mamon nacieszył myślą, że wakacje idą i że nie będzie musiał oglądać żadnej szkoły, co po dziesięciu miesiącach będzie dla niego błogosławieństwem, że się opali i zrelaksuje... i tak samo szybko się rozczarował, widząc maila od pomysłowego rodzica. a więc to jednak jeszcze trochę potrwa, a przynajmniej teraz musi zaprotestować. bo gdy ulegnie, bóg jeden raczy wiedzieć, na ile będzie się musiał zapożyczyć po filipowej maturze. do rodzicieli napisał, że prezent-spa nijak się ma do okazji, na co otrzymał odpowiedź następującą:
dlaczego? przecież nauczycielka to też kobieta;
ja: wiesz, jak się siedzi w tym spa od rana do nocy, to można sobie coś nadwerężyć... mózg..?!
resume
mail od michała (kolega z pociągu iccp!), który z lekkim opóźnieniem - ponieważ losy kalendarza były ponoć zawiłe - dotarł na mego bloga; myśląc o udach całe przedpołudnie - co może strasznie dziwne nie jest - mieszając w to wątki mundurowe i podhalańskie - co odrobinkę odbiega od normy - oraz dywagacje wielko-miastowego sexu - co już zupełnie mi się nie przytrafia - podziękować muszę za nakierowanie na interesujące wpisy bloga. czy mogłabym marzyć o lepszym resume? oczywiście ostrzegłam autora, że wszystkich cytuję na blogu;)
***
dziś śpiewa jason mraz, w którym zakochałam się zaraz po jolindzie; to już drugi jason w moim miłosnym dorobku - pierwszy był jason donovan... ech... robię się coraz bardziej sentymentalna...
ps. posty piszę o w miarę normalnych porach. to nie moja wina, że czas mi się przestawił na niewiadomojaki... sam się przestawił...
poniedziałek, 8 czerwca 2009
jeszcze by mi pani umarła
cudem przeżyłam. wprawdzie nie zabiła mnie własna wątroba, ale prawie zabiło ciśnienie. poza tym popsuł się laptop. na amen. znów jestem wirtualnie wykluczona. trwa rozpoznanie przyczyn zapaści.
wizyta u fryzjera - zamiast się zrelaksować, wysłuchałam rubasznych gejowskich dowcipów i opowieści o tym, co fryzjer gej zrobiłby kobietom, które robią sobie aborcję... pech chciał, że nie mogłam uciec - miałam za dużo folii na głowie.
wybory - jak przystało na zawodowego mamona (który pchnięty poczuciem obywatelskiego obowiązku pragnął jednak zagłosować) - pomyliłam okręgi wyborcze...
ps. szef wrócił z lunchu: dobrze, że tylko godzinę mnie nie było, bo jeszcze by mi pani umarła.
piątek, 5 czerwca 2009
sny ciężkie jak słoniarnia
szef orzekł, że wszystkie choroby mamona razem wzięte to nerwica natręctw co najwyżej...
jeśli na to się nie umiera, to biorę te natręctwa.
ps. wieczorem odebrałam wyniki. cały czas mam wątrobę. działa!
czwartek, 4 czerwca 2009
wyprał mi mózg..??
ps. mamichalska doniosła mi wczoraj, że dalszy ciąg prania na tvn7: dziś 22.15 dwa odcinki; i jutro 20.05 trzy odcinki. po takiej ilości bedę nie tylko wyprana, ale wywirowana i wyżęta po pięty. a do statecznych związków jeszcze bardziej niezdolna. ale co się pośmieję, to moje!
środa, 3 czerwca 2009
zarywać nocki codziennie
pozytywnie pocieszona obejrzałam ciekawy przypadek benjamina buttona (dzięki lidzi kwitnącej w ciąży tak, że aż jej zazdroszczę! i dzięki jej małżonkowi). z hollywoodzkim kinem bywa różnie, ale spłakałam się znów jak bóbr - a płaczę tylko na dobrych filmach (a może dobre są te, na których mi się dobrze płacze...). cate blanchett zjawiskowa. brad pitt zniewalający. wyszedł im piękny romans, który poruszonego mamona rozłożył na łopatki, przez co mało do pracy nie zaspał. ale dla takich romansów mógłby zarywać nocki codziennie...
wtorek, 2 czerwca 2009
ambaras
znalazłam zdjęcie z tatr; miałam dużo mniej zmarszczek, dużo więcej włosów, wszystkie zęby, wiarę w mężczyzn, siły do wspinaczki i acia za przewodnika.
ps. mamichalska nadal wzdycha do górala. napastuje ją jednak wirtualnie całkiem inny nieproszony osobnik. ot, ambaras...
ps dwa. judytka zaprosiła nas na niedzielę. w planach jedzenie (?!) i oglądanie the office.
poniedziałek, 1 czerwca 2009
marząc o sushi
***
ps. filipu stracił kolejny ząb. tym razem wróżka zębowa zaspała...
ucisk i zniewolenie
najpierw filipu zmusił mamona do przesunięcia dnia dziecka na 31 maja, potem do kupna biletów do multikina oraz solonego popcornu i niezdrowej coli (nie pytajcie, co czyści colą perfekcyjna pani domu…), a następnie do oglądania hollywoodzkiej animacji potwory kontra obcy.
aby odreagować ucisk i zniewolenie zgotowane przez jedynego syna, mamon po powrocie zamknął się w kuchni (to znaczy... gdyby miał drzwi kuchenne, to na pewno by się zamknął). przyrządził niczego sobie tartę szpinakową na cieście francuskim, której jeść absolutnie nie powinien. a zaraz potem, jak za starych licealnych czasów, sernik błyskawiczny na zimno na ciasteczkowym spodzie, z pomarańczową galaretką, którego jeść nie powinien tym bardziej. odkąd dowiedział się, że z diety musi wyeliminować prawie wszystko, co w ogóle nadaje się do jedzenia, karmi się dokładnie tym wszystkim, i to w podwójnych ilościach.
***
filip na dzień dziecka wybrał sobie zabawkę edukacyjną do składania;
ja: będziesz musiał trochę pogłówkować.
filip: ja szybko główkuję!








