poniedziałek, 20 lipca 2009

gołąbki mojej elki

jeśli nie jedliście nigdy gołąbków z młodej kapusty mojej elki o północy, nie wiecie, co straciliście. najlepiej smakują po dwóch piwach z jackiem-kurtem. jestem w niebie. a czeka na mnie jeszcze lawendowa kąpiel z pianką. i ta myśl, że wciąż mam urlop!

ps. moja elka, jak tylko się oddaliłam, przeczytała całego mamonowego bloga. mało, że nie wydziedziczy, to jeszcze podobno nawet się pośmiała.

niedziela, 19 lipca 2009

raczej mam przegrane

pół roku doglądania, zarwanych na pisaniu postów nocek, i śledzenia statystyk. początki nie były łatwe. niesubordynacja nadpobudliwego bloga (podejrzewałam go nawet o lekkie adhd) dała mi się we znaki i krwi napsuła. ale z biegiem czasu jest jakby lepiej.
robię blogowe zestawienia i z niepokojem stwierdzam, że mój blog powinien się nazywać "grube uda" (wspomniałam o nich zdecydowanie za dużo razy). z zestawień wynika także, że naobiecywałam nieroztropnie (jak głupia!) zbyt wiele rzeczy, których dotąd nie zrobiłam; nie pomalowałam podłogi w sypialni (bo farby były za ciężkie), nie założyłam osobnego ciuchowego bloga (bo nie miałam fotografa), nie pojechałam na koncert lennego (bo lało), nie kupiłam masażera (sama nie wiem dlaczego, ale pewnie zamiast masażera kupiłam jakiś fajny ciuch), nie zrobiłam blogmamonowych wizytówek (bo nie było czasu), nie założyłam aparatu na zęby (ale tu uwaga! - zrobiłam już odlew szczęki, więc wszystko jest na dobrej drodze), nie byłam grzeczna...
dzięki bogu, że na tym się skończyło, bo mogłam przecież obiecać zamążpójście...

ps. aha, do jakiegoś dwudziestego szóstego posta słowem nie poruszyłam tematu mężczyzn. potem poszło już z górki. od tej pory raczej mam u nich przegrane.

piątek, 17 lipca 2009

kawa

dzień zaczynam pudelkiem; watykan zaakceptował harrego pottera, bruno zakazany na ukrainie. choć to się nie spodoba judycie, już wiem, że na pewno nie pójdę na pottera. chyba żeby mnie dziecko, pod groźbą przeprowadzki na stałe do elki, zmusiło.
a propos dziecka, wieczorem zobaczę filipa i cieszę się, jak dziecko! elka szykuje gołąbki. jak ja dawno nie jadłam gołąbków. jak ja dawno niczego pożywnego nie jadłam... wczoraj przypadkiem spotkałam halinkę w sklepie. szukała sukienki na wesele siostry. (ja jak zwykle łaziłam bez celu).
halinka: to co, kawa? kawa. gdy nie ma dzieci w domu, żywimy się kawą i papierosem na mieście.

ps. blog jutro kończy pół roku! jacek-kurt kończy jutro trochę więcej, ale nie wygląda!!
ps dwa. mamichalska jest u zosi. widzimy się w poniedziałek.

czwartek, 16 lipca 2009

to nie jest sprawiedliwe

znowu krzywo spałam. nie mogę ruszać szyją. boli nawet gdy ziewam. nie mogę ziewać. nie mogę nie ziewać (!).
w dodatku w największy upał lata wcisnęłam się w dżinsy...
na drugie śniadanie jem pastę jajeczną domowej roboty z majonezem i czarnym pieprzem - z nadmiaru jaj z krótką datą ważności.
filipu z babcią elką robią ognisko na działce (jakby upał był za mały). brat z bratową już za oceanem. a wydaje się, że wczoraj kupowali bilety.
to nie jest sprawiedliwe, że mamon musi siedzieć w pracy. sam - bo najlepszy szef też wyjechał.
zastanawiam się, gdzie bym teraz była, gdyby życie było sprawiedliwe...

środa, 15 lipca 2009

naprawdę moje geny

moi stali czytelnicy (długo nie mogłam w to uwierzyć, ale ja naprawdę ich mam!) zapewne pamiętają, że w marcu, dzięki wielkiemu zaangażowaniu malwiny opiekunki i kuzyna młodszego szczypiornisty, filipu brał udział w sesji modowej. zdjęcia obrobiono i właśnie dotarły. jestem najbardziej dumnym mamonem świata, i mimo że mamy lato, zamieszczam parę fotek z kolekcji jesień/zima wykonanych dla marki quadri foglio (fot. t. tomkowiak).

to są naprawdę także moje geny! zresztą zawsze powtarzam, że filip jest piękny po matce;)























łapczywie odbieram maile

pomiędzy jedną korektą a drugą łapczywie odbieram maile. czekam na ten, który dziś nie przyjdzie. właściciel skrzynki na urlopie.

wczoraj przed śmiercią z samotności, niemocy twórczej i ogólnego braku sensu uratowała mnie halinka. zjadłyśmy razem obiad w werandzie. na obiad był tort bezowy. na deser po papierosie. za gorąco na rosół.

jak tylko wpłaciłam zaliczkę za kwaterę, zaczęłam podejrzewać, że kobiecina z zachodniopomorskiego zapadnie się pod ziemię z moimi ciężko zarobionymi dzięgami. a już wszystkim się pochwaliłam, że wyjeżdżamy na wakacje...

w lodówce znalazłam dziesięć jaj z jutrzejszą datą ważności. filip nigdy by na to nie pozwolił - filip uwielbia cholesterol.

wtorek, 14 lipca 2009

rekrutacja

pierwsza zadzwoniła, że nie dojedzie, druga esemesa wysłała, że nie dojedzie, trzecia zostawiła w drzwiach list - bo nikogo nie było, a ona i tak pracy podjąć nie może i numer telefonu zgubiła, więc pisze, czwarta nie dojechała.
z sześciu potencjalnych opiekunek dla filipu, ostały się dwie. wybrałam pannę zuzannę.

w zeszłym roku przed urlopem szukałam dziewuszki na zastępstwo. najlepszy szef świata wymyślił, żeby mu gwyneth paltrow zrekrutować. szybko obniżył poprzeczkę i gdy za trzema kandydatkami zamknęły sie drzwi, powiedział: ok, nie musi być gwyneth, ale żeby chociaż tępota z oczu nie patrzyła...

poniedziałek, 13 lipca 2009

zapadły się poliki

chudnę z tęsknoty.
jak tak dalej pójdzie, pokaleczę się o własne kości. przecież chciałam tylko wyszczuplić uda i ujędrnić pośladki. a zapadły się poliki i wystają żebra. piersi mam jak nastolatka.

dziś casting na opiekunkę. przybędzie sześć. piękna (ale przede wszystkim, jak trafnie zauważyła halinka, młoda) malwina rzuciła posadę z powodu wyprowadzki. modlę się, żebym nie schudła bardziej, jeśli żadne dziewczę się nie nada.

ale dupatam, jak mawia jolinda. najważniejsze, że załatwiłam morze! filipu ucieszył się tak, że mało słuchawka telefonu mi nie pękła. zastanawiam się teraz, gdzie nastolatki kupują kostiumy kąpielowe...

nie pójdzie przecież do kościoła

mamonowi pachną polne kwiaty. wczoraj uciśnięty plikiem astylistycznych tekstów postanowił się przejechać (nie pójdzie przecież do kościoła...). kwiaty narwał przy drodze, wchodząc w sam środek mrowiska…
teraz siedzi i wącha, i liczy dni urlopu: raz, dwa - na razie nie chce być inaczej, na razie musi tak być. na szczęście razem z weekendem są cztery. cztery dni z ukochanym filipu!

ps. jacek-kurt też już na mnie czeka.

niedziela, 12 lipca 2009

oceniam nie po tym

czemu ja myślałam, że dziennik nimfomanki jest lekki? może tak samo mylę się co do facetów? oceniam nie po tym, po czym powinnam…
niby banalna historia o namiętnym seksie bez miłości i wielkiej miłości bez namiętnego seksu za to kończącej się tragicznie. ale nie daje mi spokoju. czy dobra miłość i dobry seks to się czasem w życiu łączy? czy zawsze musimy wybierać, czy zawsze musimy iść na kompromis, czy zawsze oczekujemy za dużo, czy zawsze wiemy, czego chcemy…? zdecydowanie nie powinnam oglądać takich filmów. zwłaszcza gdy jestem sama w domu. wybieram parzenie niedzielnej kawy, pieczenie tarty na cieście francuskim, i nierozmyślanie na trudne damsko-męskie tematy. bo z góry wiadomo, że niczego mądrego nie wymyślę.


Antonio Orozco - 
Se Deja Llevar
ps. jakby było mi mało nielekkich historii miłosnych, zaczęłam czytać malowany welon.

sobota, 11 lipca 2009

edkowa konkubina

maria mania awaria edkowa konkubina wyskoczyła wczoraj na scenę w zjawiskowym pióropuszu, z pistoletem w ustach i niedźwiedziem polarnym pod pachą. dawno nikt tak mi nie zaśpiewał, tak "fuck" ładnie nie wymawiał, tak nie emanował wszystkim tym, czego powściągliwemu mamonowi brakuje. w drodze powrotnej nie mogłam nie myśleć o wzwodach, misiach, rosole i wielu jeszcze innych brzydkich rzeczach…

niestety, ponieważ piwa po koncercie było jednak za dużo, głowę mam dziś za ciężką na korekty. obejrzę sobie raczej jakiś film. milk i gomorra odpadają. natomiast lekki diario de una ninfómana, biorąc pod uwagę wczorajsze fantazje, wydaje się być idealny.

piątek, 10 lipca 2009

człowiek bardziej poukładany

żeby odzyskać opłakiwaną pół roku temu górną lewą szóstkę (która notabene stała się przyczynkiem do pisania bloga - a więc jednak nie utraciłam jej tak zupełnie bez powodu), przesiedziałam cały wieczór u dentysty.
było warto - znów mogę pozować do zdjęć!
niestety w związku z tym nie posprzątałam tej cholernej łazienki. halinka ma rację - jak człowiek ma dziecko w domu, to jakiś taki bardziej poukładany jest.

ps. dziś koncert marii.

mcdonalds wypisany na twarzy

gdyby mój wujek antyglobalista dowiedział się, jaka reklama zawisła właśnie na moim blogu, wyrzuciłby nas niechybnie z poddasza, a już z pewnością nie odezwałby się do mnie przez co najmniej pół roku! wujek, ilekroć się spotykamy, podejrzliwie wypytuje, czy czasem nie byliśmy ostatnio w mcdonaldzie (jakbyśmy wizyty te mieli wypisane na twarzy), oraz stanowczo nas do lokalu zniechęca (nawet jeśli przyrzekamy, że nie chodzimy), koncerny o całe zło doczesnego świata oskarżając.
gdy pijemy przy nim colę, ostentacyjnie zamyka oczy.

gdyby filipu największy fan coli (któremu z racji młodego wieku ulubiony napój dawkuję jednak w małych ilościach), dowiedział się, jaka reklama zawisła właśnie na moim blogu, powiedziałby, że jest super i zapytał, czy też dostanę za nią tyle coli, ile dostała ciocia judyta, gdy kupowała lodówkę.

czwartek, 9 lipca 2009

przyciąganie

słomiany mamon ma raczej niewielkie szanse na długie rozmowy telefoniczne z filipu, mimo że wyposażył syna w niezbyt może trendy, acz całkiem jeszcze funkcjonalną nokię, aby mieć go przynajmniej na wyciągnięcie słuchawki. czego nie można bowiem powiedzieć o filipu to, że nie rozstaje się z telefonem. nie dosyć, że zawsze zostawia go w miejscach, gdzie akurat nie przebywa, to jeszcze pozwala mu się zupełnie wyładować, a wtedy mamona na głos sekretarki szał ogarnia.

mamonowi pozostaje zadzwonić na aparat stacjonarny;
wujek, który odbiera: halo?
ja: cześć wujek! daj mi dziecko.
wujek: poczekaj, przyciągnę go.

wujek przez dobrą chwilę przyciąga, a potem następuje rozmowa, ale głównie mówię ja. moje dziecko myśli o bajce, której oglądanie właśnie przerwała mu matka...

żadnych prowokacji

pada. byłoby dziwne, gdyby nie padało. wciąż nie ma filipu, nie mam więc dokąd uciec w razie burzy.
nie zjadłam obiadu. nie było czasu. jeśli kiedykolwiek miałam ponętne krągłości, właśnie zanikają.
nie mogę spać. myślę o zrzucanych garniturach. i za krótkich sukienkach, które bezmyślnie kupuję, bo i tak nie mam ich gdzie ubrać.
plany na jutro: praca, obiad (!), dentysta, sprzątanie łazienki, seks w wielkim mieście. żadnych prowokacji i żadnego wydawania pieniędzy!

środa, 8 lipca 2009

szpinakowe lato mamona

ponieważ smak szpinaku poznałam całkiem niedawno, jak tylko pierworodny wyjechał, szpinak jadłam na śniadanie, szpinak jadłam na obiad, szpinak jadłam na kolację (zupełnie jak pani z reklamy tv, tylko ona je jogobelle). ale szpinakowe lato mamona właśnie dobiegło końca. wraz z dniem pogrzebu michaela i razem z pełnią księżyca. usmażyłam krewetki.

ps. podobno przemiana w wilkołaka nadchodzi zawsze w pełnię ksieżyca...
ps dwa. filip stracił dolną lewą mleczną czwórkę. choć raz rola zębowej wróżki przypadła elce.


poniedziałek, 6 lipca 2009

jak się kończą dancingi...

a oto ofiara pamiętnego dancingu, która pojawiła się co prawda ładnych parę lat po (co tylko dowodzi, że prędzej czy później tak to się zwykle kończy):

darmowy hosting obrazków

etat krasnala

na łonie natury z dziecięciem przy boku akumulatory naładowawszy, uknułam plan powrotu przez ukochany wrocław. miasto, w którym studiowali moja elka i mój rysiek. a pewnego dnia, choć elce bardzo iść się nie chciało (w związku z czym moje pojawienie się na tym padole stanęło pod wielkim znakiem zapytania), poznali się na pewnym dancingu. przystojny rysiek w tańcu odważnie piękną elką zakręcił, a zaraz potem rozkochał i do zamążpójścia sobie tylko znanymi sposobami nakłonił. odkąd o tym wiem, wrocław jest dla mnie magiczny.

darmowy hosting obrazków
magiczne miasto bez krasnala..?
darmowy hosting obrazków
ale nawet najbardziej pracowity krasnal o 18.00 zabiera krzesełko i kończy robotę

ps. ja to mam wyczucie chwili: udało mi się, umawiając z dentystką, idealnie trafić w pełnię... wizytę przełożyłam, kłamiąc bezczelnie, że wypadło mi coś ważnego... ale nie przyznam się przecież, że wierzę w astrologię...
ps dwa. po pobycie na wsi mam nieodparte wrażenie, że chodzą po mnie całe stada kleszczy.
ps trzy. zara o 70% przeceniła piękne i obrzydliwie drogie buty, na które miałam niegdyś wielką ochotę! ale co było do przewidzenia: nie ma mojego numeru!!!

niedziela, 5 lipca 2009

wsi spokojna

sąsiadka opowiadała mi kiedyś, że z miłości pewnego dnia ugryzła swojego wnuka w ucho… aby do tego nie doszło (bowiem po dwóch tygodniach rozłąki rzuciłam się na filipu z prawdziwie mamonowym uczuciem), zatonęłam w fotelu pod lipą, tam gdzie zwykł zasiadać mój dziadek. biedronki chodziły po nogach, kleszcze czaiły się w trawie, wsi spokojna pachniała. z wiekiem zaczęło mi się to nawet podobać. (mistrz wabienia jeleni byłby ze mnie naprawdę dumny).
po dwóch godzinach moje uda były grube, czerwone i płonęły, ale zamiast okładać się zimną maślanką, poszłam z pierworodnym na boisko. a na boisku torsy, mundury i węże - nasze pierwsze gminne zawody strażackie. z przejęcia zrobiłam same nieostre zdjęcia.

darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków

sobota, 4 lipca 2009

każdy ma takiego openera...

judyta kazała mi chodzić na koncerty. wczoraj, zamiast mobyego i pati yang w gdyni, little dragon w browarze - każdy ma takiego openera, na jakiego zasłużył. anya wyszła, mówiąc, że dziewczyna wyje.

wstałam o piątej. biorąc pod uwagę, że usnęłam na tv około pierwszej, jest to jakiś tam wyczyn. oby tylko żadnych przygód w pociągu (ponieważ pewne rzeczy dzieją się jednak bez powodu).

nie mogę się doczekać filipu.

piątek, 3 lipca 2009

pączek w maśle

mamon ma dziś wszystko, czego mu do szczęścia potrzeba: bilety na marię p., trzy zęby po liftingu, a w perspektywie wyjazd na głęboką prowincję, gdzie obecnie pod czujnym acz pobłażliwym okiem prababci helenki, babci elki oraz wujka zbyszka, przebywa filipu. i ma się tam, jak pączek w maśle! prababcia szczerze go karmi - jajeczkami od kurek wolno biegających, mleczkiem od krówki pani ziębowej, jagódkami od dzieci, które zarabiają na wakacje... (obiecał, że załatwi mi na sobotę pierogi ruskie!), babcia goni po lasach (niestety ostatnie penetrowanie chaszczy zakończyło się dla elki na chirurgii - uwaga na kleszcze!), wujek najbardziej ambitnie - uczy grać w szachy. dziecię zaznaje kontaktu z naturą, rodzinnej miłości w natężeniu zbliżającym się do niebezpiecznego i błogiego relaksu. ale co najważniejsze - odpoczywa od playstation! jeszcze tylko parę korekt, jeden wieczór, jedna bardzo krótka noc i mamonowi też będzie to dane.

czwartek, 2 lipca 2009

prawie jak u hitchcocka

szef: jakieś strasznie wielkie muchy latają. wielkości małych ptaków.

matki polki gotują rosół

czy jeśli okres zbiega się z wypłatą, to nastrój się równoważy?? bo mnie nawet wypłata dziś wkurza. mufinka na śniadanie nie dość świeża też wkurza... i to potworne rwanie w kolanach. w dodatku idę do dentysty. a w okresie jak podczas pełni - po dentystach się nie chodzi!! będę wyła z bólu, a niewykluczone, że zejdę na samym fotelu, z kamerą w ustach i podglądem na monitorze ukrytej próchnicy, stanu przyzębia i efektów leczenia...

ja do r.: wszystko mnie ostatnio wkurza.
r.: chyba potrzebujesz chłopa.
ja: hmm, ale co on zrobi, jak będę się na niego tak wkurzała?
r.: kupi ci bluzkę.
ja: a jak się będę wkurzała dwa dni, to kupi dwie...?

czasem najprostsze rozwiązania są najlepsze. postanowiłam kupić sobie bluzkę.

ps. jedyny optymistyczny news dnia to koncert marii p. wkrótce na zamku. i tym razem - choćby grzmot miał mnie zabić - idę! halinka też idzie. a żeby nikt sobie nie myślał, co też matki polki robią na wakacjach - one robią rosół. z dedykacją dla wszystkich housewife:

środa, 1 lipca 2009

stylista

jeśli, jak mówi moja babcia, ładnemu we wszystkim ładnie, to niestety jestem brzydka... zdałam sobie sprawę, że ja nie potrzebuję na gwałt faceta, ja na gwałt potrzebuję stylisty! i to dobrego! który dopieści inwencją, zabawi trendem, dorzuci trochę nonszalanckiego old schoolu i unikatowego vintage, tak bym umarła, widząc efekt końcowy.

ps. nie rozumiem, dlaczego halinka wątpi, żebym posłuchała stylisty...
ps dwa. dawno temu na pewnej sesji miałam najlepszą stylistkę świata! garderoba była raczej kusa, ale judytka dała z siebie wszystko. i słuchałam jej w ciemno!

zero tolerancji

wieczorne wyjścia z dorcią kończą się zwykle w autobusie nocnym. ale po paru drinkach w browarii mamon jest w stanie stolerować dokładnie wszystko. smród raczej specyficzny, rozmowy bełkotliwe, panienki piszczące, facetów z zapiekankami...
gorzej z tolerancją dziś. zero toleracji na słońce, jeszcze mniej na kawę, prawie wcale na pracę. dobrze, że najlepszy szef mamonowy wyjechał, bo jeszcze by się okazało, że zero toleracji na szefa, a to mogłoby się skończyć na bezrobociu.

za to odezwał się r.:
w końcu jesteś moja - muszę się od czasu do czasu odezwać;)

ps. dorcia zapytała wczoraj, czy oglądałam kiedyś seks w wielkim mieście. ale dorcia pierwszego dnia wiosny rozdaje też dzieciom bożonarodzeniowe zające... pytanie natomiast nominowałam do kategorii: pytanie roku.

poniedziałek, 29 czerwca 2009

jak zaklinać miłość

przeklęte niech będą niedziele, które następują po najlepszych sobotnich imprezach… szalenie delikatna jestem na kacu. to taki stan, kiedy byle reklama zmusza do płaczu

aby nie rozpłakać się w poduszkę, z którą i tak spędziłam pół dnia, poszłam do kina. dorcia poleciła mi rusałkę, a ponieważ filmy, które poleca dorcia należą do najlepszych, bez wahania kupiłam bilet. ten magiczny film uświadomił mi, że nie wszystko, co sobie wymarzymy, musi być dla nas dobre. a jednak mimo to, marzyć trzeba. dowiedziałam się też, jak zaklinać miłość na papierosach vogue (czyli po coś palę właśnie vogue!); piszemy imię ukochanego na papierosie i wypalamy. potem jest już nasz.

darmowy hosting obrazków

ps. dzisiaj nie jestem w stanie napisać nic więcej, ale koniecznie idźcie do kina!

sobota, 27 czerwca 2009

idę tam, gdzie chcę

po trzech tygodniach oczekiwania, w tym kilku telefonach do serwisu i kilku tysiącach niecenzuralnych słów, które cisnęły mi się na usta, zyskałam łączność ze światem. ale jakby tego było mało, kupiłam sobie spodnie - rewelacyjne czarne rurki, które w zakurzonej i zatłoczonej przymierzalni wciągałam pośpiesznie na tyłek, mając nadzieję, że w nich kolejny raz zdobędzie tytuł najlepszego tyłka na całej imprezie. i nie pomyliłam się! tyłek to mało, w tych boskich portkach, moje uda wyglądają jak, nie przymierzając, całkiem zgrabne udka. bójcie się rywalki, bo dzisiaj na parkiecie będę w nich bezlitosna!
halinka mówi, żebym nie szalała. judyta - żebym się raczej zapisała na siłownię. ale dlaczego dojrzała niezamężna kobieta, a chwilowo słomiana matka, nie miałaby sobie troszeczkę poszaleć..? a ponieważ grzeczne dziewczynki idą do nieba, a niegrzeczne tam, gdzie chcą, idę dziś na salsę. nie sama... i zamierzam szaleć do rana!

piątek, 26 czerwca 2009

zołzy a koniec świata

oberwanie chmury z gradobiciem clubbing i wieczorny lans skutecznie wybiły mi z głowy. z półsłodkim czerwonym imiglikos pod jedną, a kopertówką mango pod drugą pachą, udałam się więc do agi (niegdyś pok. 314 akademik jowita - centra akumulatory, dziś m2 wynajęte na norwida), zupełnie nieświadoma indoktrynacji, która jeszcze tego samego wieczora miała nastąpić. dziewuchy zaraz po tym, jak streściły swoje aktualne mniej lub bardziej udane podboje miłosne, wcisnęły mi w ręce tandetnie wydaną książeczkę pod znamienitym tytułem: dlaczego mężczyźni żenią się z zołzami? (hmm... czy dlatego nie żenią się ze mną?!), i - dla dobra mych przyszłych relacji z mężczyznami - poleciły.
tytułowa zołza nie jest jędzą ani wrednym babsztylem. zołza to kobieta niezależna, która będąc w związku z mężczyzną, nigdy nie przestaje być sobą. ma poczucie humoru i życzliwy charakter. zna swoją wartość. mówi, co myśli, i robi, co chce. jej zadziorność pociąga mężczyzn i podnosi temperaturę związku.
najwyraźniej jestem zołzą, a oni powinni się ze mną żenić... a jednak się nie żenią. burzy to całą moją teorię, że prędzej facet poleci w kosmos, niż poślubi niezależną kobietę. według metra, tacy np. górale (czy biedna mamichalska już o tym wie?), wcale nie lubią silnych kobiet. no bo jak im te siłaczki zaczną chodzić po górach, albo nie daj bóg do pracy pójdą, zamiast doglądać kuchni, pralki i zlewu, to będzie koniec świata! temat zołz i ich wpływ na tenże postanowiłam jednak zgłębić.

***

zindoktrynowana skutecznie wczoraj, dziś przeszukuję internet. wśród ebooków, które mnie intrygują, oprócz wspomnianego, są: grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne idą tam, gdzie chcą, jak zarobić 25 tys. w 18 miesięcy, systemy toto lotka i jak włamać się no konto użytkownika gg... (czy za lekturę ostatniego na pewno mnie nie zamkną?)

***

michael jackson nie żyje. to dopiero koniec świata i rok bawoła w jednym!

czwartek, 25 czerwca 2009

...

czasem jestem mamonem, czasem dziewczynką, czasem seksem, czasem mam depresję, czasem refluksy, halluksy i okresy, czasem palę, czasem płaczę, czasem nacieram swoje grube uda antycellulitowymi balsamami... dziś mam depresję.

środa, 24 czerwca 2009

prawie jak d'artagnan

filipu, chwilę po tym, jak rewelacyjnie zdał do pierwszej klasy, niemniej widowiskowo wystąpił w turnieju szermierczym. prawie jak d'artagnan, zorro i manuel na toście w jednym. na dowód zostały jedynie zdjęcia, bo certyfikat z zawodów zagubił się w drodze do domu, a całą winą za to obarczono oczywiście bogu ducha winnego mamona...
emila - najlepsza koleżanka filipu, pogromiwszy po kolei wszystkich przeciwników (w 90% byli to faceci!), dumnie wspięła się na szczyty podium, w dłoni ściskając statuetkę mistrza.

ps. czy wszystkie dzieci wyjątkowe umiejętności dziedziczą po matkach? bo nasze na pewno!

darmowy hosting obrazków
fachowa, choć lekko kontuzjowana, pomoc
darmowy hosting obrazków
d'artagnan
darmowy hosting obrazków
skupienie przed rundą drugą
darmowy hosting obrazków
przeciwnik może ciałem niewielki, acz duchem walki olbrzymi!
darmowy hosting obrazków
filipu, ostatnie starcie

przechodzi koło nosa

mamon po wyjątkowo pracowitym dniu, kiedy niemalże wszystkie korekty świata spłynęły na jego skrzynkę emeilową naraz, dosiadł swego motobecana i popedałował w miasto. wiatr wytargał jego chude członki (poza fragmentem ud, bo uda, jak wiadomo, nadal grube), ale z rowera nie zrzucił, dzięki czemu wkrótce mógł się nacieszyć lekko spienionym latte w nieco może za drogiej, ale za to wykwintnej kawiarni.
wracając zahaczył o rzeźnię. a ponieważ miłośnicy teatru nie dopisali (a wręcz w trakcie poszukiwań okazało się, że w ogóle ich wokół mamona nie ma), a bilety na spektakl kosztowały więcej niż kawa, na którą wydał ostatnie złotówki, zrozumiał, że tegoroczna malta znów przechodzi mu koło nosa...

ps. lidzia urodzi drugą córkę - to już pewne. imię hanna monthana raczej nie przejdzie, ale grunt, że mała jest zdrowa, a buźkę ma piękną jak mała miss.

wtorek, 23 czerwca 2009

o niebo cięższa randka

wczoraj po ciężkim dniu - o niebo cięższa randka! (jeśli ktoś mnie jeszcze w życiu namówi na randkę w ciemno, popukam się w czoło. a za tydzień pewnie znowu się umówię...). m. był nudny i robił coś takiego z twarzą, co mogłoby wskazywać na uśmiech (a porównując z moim bezceremonialnym rozwarciem paszczy, pomimo braków w uzębieniu bocznym, było jedynie nędzną jego namiastką). przy czym śmiał się tylko z własnych dowcipów (a przecież to moje były dobre!). na dodatek był wagą. wspaniałomyślnie postanowiłam jednak nie osądzać m. po znaku zodiaku. (moja wspaniałomyślność mnie kiedyś zabije!).
po pięciu minutach chciałam uciekać, na co nie pozwalała mi tylko wrodzona przyzwoitość. modliłam się o jakiś malutki kataklizm. a gdy moje modły zostały wysłuchane i m. zaczął się zbierać na następne tzw. "służbowe" spotkanie, szlag mnie mało na miejscu nie trafił. (i zrozumcie tu kobietę!)
ale najgorsze, że niczego nieświadomy m., bo widać sam bawił się przednie..., chciał pożegnalnie całować i dzwonić, żeby umawiać się ponownie (!??). jak to możliwe, że po randkach, na których iskrzy, faceci nie są zwykle wylewni, a po tych, na których o iskrzeniu mowy nie ma, a ja nawet nie próbuję udawać, że się nie nudzę, jest bardziej niż pewne, że zaplanowali już dłuższe pożycie..?

w domu (ponieważ byłam zdecydowanie za wcześnie), pomalowałam sobie paznokcie u nóg na czerwono (w związku z czym od razu podskoczyło mi libido). i natchniona wspominkami napisałam do chłopaka. chłopak ma nową pasję. jeździ teraz na quadach. ja mam starą słabość do chłopaka...

poniedziałek, 22 czerwca 2009

niesamowicie ciężki poniedziałek

niesamowicie ciężki poniedziałek. na dzień dobry poranne zmagania z wyjątkowo źle ułożonymi włosami i radiem (elka znowu przestawiła mi stację!). w tramwaju kanary (nawet gdy mamon posiada bilet, czuje się przy nich jak przestępca). poza tym duszno i nieprzysiadalnie. ogólnie zniechęcająco. filipu wyjeżdża na wakacje. mamon musi pracować. niesprawiedliwie. może jutro dostrzeże plusy. tęsknotę zatopi w alkoholu albo zostawi na festiwalu teatralnym malta. o ile tam dotrze... bowiem niezbadane są ścieżki mamonowe w samotne czerwcowe wieczory.

ps. w krakowie na lennym k. lało. wiem,
że to podłe, ale się cieszę. cały weekend struta chodziłam przez ten osobiście odwołany wyjazd.

piątek, 19 czerwca 2009

co lepsze teksty cd.

ja (po tym, jak kichnęłam): oj!
filip: nie oj, tylko przeproś.

***

filip przy obiedzie: szkoda, chciałbym z takim sosem, ale nie smakuje mi.

***

ja: ale ładnie zbudowałeś ten tor.
filip: no, to jest łatwe. nie spodziewałem się, że to jest takie łatwe.

utracone chęci

filip weteran wyjazdem na trzecią zieloną szkołę w swoim życiu specjalnie się nie stresował. powrócił za to przejęty, z polikiem różowym i okiem błyszczącym, a wszystko to od nadmiaru atrakcji, z których poza domem do woli - albo dopóki cierpliwość pani kasi się nie skończyła - korzystał. do wiadomości zdeklarowanych przeciwniczek jedzenia mięsa - dorci, judytki i kamili - dzika nie piekł.

mamon natomiast chęci do podróży utracił, gdy po raz kolejny tej wiosny zmieniła się pogoda. i grozi, że jeśli jeszcze jedna kropla deszczu spadnie mu na cokolwiek, utraci je bezpowrotnie!
w związku z powyższym wyjazd na koncert lennego k. odwołany. mamichalska mówi, że jesteśmy stare. i nie wypada się z tym nie zgodzić. pozostają nam już tylko odnowy biologiczne, peelingi złuszczające i kremy silnie przeciwzmarszczkowe wklepywane wieczorem i o poranku.

ps. ponieważ nadal jestem w nim zakochana, a ta piosenka chodzi za mną wszędzie:


czwartek, 18 czerwca 2009

niezłe dilemmas!



nie piszę. nie mogę - choć wiem, że powinnam. klawiatura rozpalona, czytelnicy rozpaleni tym bardziej, co widać w statystykach po ilości haseł o kobiecych orgazmach w wyszukiwarkach (podbudowanam, bo codziennie dowiaduję się, że o kobiece orgazmy ktoś jednak dba!), a ja zatonęłam w dilemmas magazine...
po wczorajszych zakupach - które skończyły się dla zdegustowanego propozycjami działów damskich popularnych sieci handlowych mamona w dziale dziecięcym, dzięki czemu jak zwykle zyskał filipu - przyszedł czas na naprawdę niezłe stylizacje!




środa, 17 czerwca 2009

zielona szkoła

kiedyś było mikre, niespecjalnie mówiło, ale w wózku się wozić kazało w kolorowym śpioszku i białej wiązanej czapeczce z falbanką. prawie ciągle spało, poza tym, że czasem jadło - uwieszone do mamonowej, w tym okresie naprawdę krągłej, pięknej piersi mlekiem naturalnym płynącej, ale przede wszystkim grzecznie nigdzie z domu nie wychodziło.
dziś - spore już całkiem - wyszło. i mało tego, że wyszło - ono wyjechało! samo (czyt. bez mamona)! do lasu!!! z dwiema dychami w kieszeni ostatnich niepodartych dżinsów.
natomiast my z elką wypuszczamy się na miasto - na sklepy, na kawę, w końcu na komedię romantyczną. dziecko brata się z naturą - może nawet w wigwamie piekło będzie kiełbasy i dziki, a my dwie mieszczuchy dziczyzną się brzydzące uraczymy się raczej przesłodzonym ciastkiem bezowym w wielkomiejskiej kawiarni.

wtorek, 16 czerwca 2009

leżeć i pachnieć

czego mamon nie zdążył zrobić przed przyjazdem babci elki: nie posprzątał łazienki, nie upiekł ciasta (wciąż szuka przepisu!), nie kupił gąbki, a gąbkę elki zużył do... czyszczenia dywanu, nie sprawdził repertuaru kin (zabiera się, ale chwilowo ma ważną rozmowę z luką o fitnesie).

filipu jedzie na zieloną szkołę. oczekuje, że po robocie spakuję mu gatki, kupię kalosze, dam 20 zł na zupełnie niepotrzebne pamiątki i rogala chipicao na drogę.

a przecież ja powinnam dziś leżeć i pachnieć. i co najwyżej cieszyć się moją nową wężową kopertówką nabytą na wyprzedaży w mango naprawdę tanio (błogosławione niech bedą przeceny!) w osobistym prezencie imieninowym.

poniedziałek, 15 czerwca 2009

wypad(ł)am z obiegu

wypadłam z obiegu. muszę się ogarnąć, a przede wszystkim popracować. bo w weekend zdopingowana przez mą michalską i pozbawiona łączności robiłam dokładnie nic. no może wyłączając zakupy, tańce w cuba libre i gotowanie obiadów (poza jednym, za który płaciła - najlepsza i jedyna jaką znam - pani wice, z okazji mych niegdysiejszych przełomowych, biorąc pod uwagę ilość zachodzących zmian zdrowotnych, urodzin).

po weekendzie zostało mi parę niedopałków, butelka po winie i przemyślenia na temat, czego oczekuje nieznajomy facet, który mówi dziewczynie, że ma ona najlepszy tyłek na imprezie. i czy należałoby od razu dać mu w twarz czy może podziękować (no bo to w końcu w jego mniemaniu pewnie komplement był), czy uciec, czy najpierw dziękować a potem uciekać?! a jeśli warto, jak błyskotliwie zagadnąć??? ale chyba urodziłam się nie wtedy, kiedy powinnam, a w sprawach damsko-męskich też wypadam z obiegu, skoro ten poziom komplementu, nawet z najbardziej pożądanych ust, nie mieści się w moich widełkach.

ps. halinka ma dzisiaj urodziny - pamiętałam!
ps dwa. judytka pierwszy dzień w nowej pracy - oby było lepiej niż w office;)

środa, 10 czerwca 2009

randkowa pustynia

kiedy parę dni temu zdałam sobie sprawę, zupełnie jak carrie bradshaw w odcinku drugim piątego sezonu mojego ulubionego serialu, że jestem na randkowej pustyni, niezwłocznie wirtualnie wszczęłam poszukiwania. za młoda jestem, żeby już czekać na menopauzę.
od paru dni flirtuję więc z r. r. potrafi mnie rozbawić.
wysłałam r. zdjęcie.
r.: dla mnie bomba! to ustalamy, że jesteś moja!! - szybko poszło;)


w tramwaju czytam elle: krótki romans na urlopie idealnie podnosi naszą samoocenę. mnie wystarcza krótki flirt na gadu. po takim romansie w tropikach umarłabym chyba z samouwielbienia...

ps. na długi weekend muszę jednak dołączyć piosenkę;

z lenistwa nie agitując

dzisiejszy poranek to dowód na to, że po gorszym zwykle przychodzi lepsze. na wycieraczce znalazłam paczkę (czasem niestety znajduję inne rzeczy...). w środku deszczowa noc jodi picoult - wertowana zazdrośnie w empiku!, oraz płyta z muzyką baletową i ariami operowymi - zdecydowanie niemamonowe klimaty, ale darowanemu koniowi wiadomo czego się nie robi. więc ogólnie zadowolonam bardzo, zwłaszcza, że pani z mojego ulubionego magazynu dla kobiet czytała mojego bloga! no i kryzys, jak się okazało, nie taki znowu straszny.
w pracy weszłam na bobbyy. nie wiem, jak to z blogiem zrobiliśmy, że z lenistwa nie agitując, zdobyliśmy piekną setkę głosów! bratu i wszystkim pozostałym, mniej lub bardziej świadomie głosującym, bardzo dziękujemy! gdybym choć przypuszczała, że liczymy się w tej grze, agitowalibyśmy i urabiali potrójnie.

ps. mamichalska zasiedziała się u wróżki i przyjedzie z jednodniowym opóźnieniem.
ps dwa. laptop wciąż niedysponowany. dlaczego on mi to robi???

wtorek, 9 czerwca 2009

spa

propozycje prezentów na zakończenie roku szkolnego filipu; z zaznaczeniem, że kończy zerówkę, a panie są dwie!
- ramka Rosenthala 350-500 zł/1 szt.
- eleganckie ręczniki
- wyjście do spa

jeszcze chwila a stanęłoby na spa. ledwo się mamon nacieszył myślą, że wakacje idą i że nie będzie musiał oglądać żadnej szkoły, co po dziesięciu miesiącach będzie dla niego błogosławieństwem, że się opali i zrelaksuje... i tak samo szybko się rozczarował, widząc maila od pomysłowego rodzica. a więc to jednak jeszcze trochę potrwa, a przynajmniej teraz musi zaprotestować. bo gdy ulegnie, bóg jeden raczy wiedzieć, na ile będzie się musiał zapożyczyć po filipowej maturze. do rodzicieli napisał, że prezent-spa nijak się ma do okazji, na co otrzymał odpowiedź następującą:
dlaczego? przecież nauczycielka to też kobieta;

judyta: ci ludzie mają za dużo pieniędzy.
ja: wiesz, jak się siedzi w tym spa od rana do nocy, to można sobie coś nadwerężyć... mózg..?!

resume

mail od michała (kolega z pociągu iccp!), który z lekkim opóźnieniem - ponieważ losy kalendarza były ponoć zawiłe - dotarł na mego bloga; myśląc o udach całe przedpołudnie - co może strasznie dziwne nie jest - mieszając w to wątki mundurowe i podhalańskie - co odrobinkę odbiega od normy - oraz dywagacje wielko-miastowego sexu - co już zupełnie mi się nie przytrafia - podziękować muszę za nakierowanie na interesujące wpisy bloga. czy mogłabym marzyć o lepszym resume? oczywiście ostrzegłam autora, że wszystkich cytuję na blogu;)

***

dziś śpiewa jason mraz, w którym zakochałam się zaraz po jolindzie; to już drugi jason w moim miłosnym dorobku - pierwszy był jason donovan... ech... robię się coraz bardziej sentymentalna...

ps. posty piszę o w miarę normalnych porach. to nie moja wina, że czas mi się przestawił na niewiadomojaki... sam się przestawił...

poniedziałek, 8 czerwca 2009

jeszcze by mi pani umarła

nadejście pełni było nieuchronne...
cudem przeżyłam. wprawdzie nie zabiła mnie własna wątroba, ale prawie zabiło ciśnienie. poza tym popsuł się laptop. na amen. znów jestem wirtualnie wykluczona. trwa rozpoznanie przyczyn zapaści.
wizyta u fryzjera - zamiast się zrelaksować, wysłuchałam rubasznych gejowskich dowcipów i opowieści o tym, co fryzjer gej zrobiłby kobietom, które robią sobie aborcję... pech chciał, że nie mogłam uciec - miałam za dużo folii na głowie.
wybory - jak przystało na zawodowego mamona (który pchnięty poczuciem obywatelskiego obowiązku pragnął jednak zagłosować) - pomyliłam okręgi wyborcze...

ps. szef wrócił z lunchu: dobrze, że tylko godzinę mnie nie było, bo jeszcze by mi pani umarła.

piątek, 5 czerwca 2009

sny ciężkie jak słoniarnia

sny mamona były dziś tak ciężkie, jak cała warta 38 milionów słoniarnia w nowym zoo. razem ze słoniami. umierał w męczarniach na wątrobę. a wszystko przez to, że bladym świtem miał się udać na badania. obudził się zlany potem. do laboratorium szedł jak na ścięcie.
szef orzekł, że wszystkie choroby mamona razem wzięte to nerwica natręctw co najwyżej...
jeśli na to się nie umiera, to biorę te natręctwa.
żeby sobie poprawić humor kupiłam nowy numer elle i umówiłam się na jutro z moim fryzjerem.

ps. wieczorem odebrałam wyniki. cały czas mam wątrobę. działa!

czwartek, 4 czerwca 2009

wyprał mi mózg..??

moja przyjaciółka mówi, że jeśli wymagam, żeby facet miał fantazję w łóżku i wiedział, co chce robić w życiu (przynajmniej!), to za dużo wymagam... hmm, czyżby seks w wielkim mieście całkowicie wyprał mi mózg..??


ps. mamichalska doniosła mi wczoraj, że dalszy ciąg prania na tvn7: dziś 22.15 dwa odcinki; i jutro 20.05 trzy odcinki. po takiej ilości bedę nie tylko wyprana, ale wywirowana i wyżęta po pięty. a do statecznych związków jeszcze bardziej niezdolna. ale co się pośmieję, to moje!

środa, 3 czerwca 2009

zarywać nocki codziennie

kamila podniosła mnie na duchu. mam żyć normalnie i jeść. to, co szkodzi (czyli niestety najlepsze), ograniczyć, ale nie przesadzając. forów pod groźbą najbardziej dokuczliwych wrzodów żołądka nie czytać. czasem wypić piwo i zapalić kobiecego voguea, bo coś się przecież od życia należy nawet takiemu mamonowi. bosko!
pozytywnie pocieszona obejrzałam ciekawy przypadek benjamina buttona (dzięki lidzi kwitnącej w ciąży tak, że aż jej zazdroszczę! i dzięki jej małżonkowi). z hollywoodzkim kinem bywa różnie, ale spłakałam się znów jak bóbr - a płaczę tylko na dobrych filmach (a może dobre są te, na których mi się dobrze płacze...). cate blanchett zjawiskowa. brad pitt zniewalający. wyszedł im piękny romans, który poruszonego mamona rozłożył na łopatki, przez co mało do pracy nie zaspał. ale dla takich romansów mógłby zarywać nocki codziennie...

darmowy hosting obrazków

wtorek, 2 czerwca 2009

ambaras

znalazłam zdjęcie z tatr; miałam dużo mniej zmarszczek, dużo więcej włosów, wszystkie zęby, wiarę w mężczyzn, siły do wspinaczki i acia za przewodnika.

darmowy hosting obrazków

ps. mamichalska nadal wzdycha do górala. napastuje ją jednak wirtualnie całkiem inny nieproszony osobnik. ot, ambaras...
ps dwa. judytka zaprosiła nas na niedzielę. w planach jedzenie (?!) i oglądanie the office.

poniedziałek, 1 czerwca 2009

marząc o sushi

mamon wie, że kategorycznie mu nie wolno w porze obiadowej zaglądać na kucharskie blogi. nie wolno, bo to zwykle pobudza apetyt. a przecież mamon ma teraz drastyczne zalecenia diety, i plany przestrzegania ich, by w pełni sił witalnych trochę po trzydziestce pożyć. bo kto wie, co go jeszcze czeka - ilu mężów, ile dzieci...
ale ponieważ konsekwencją nigdy nie grzeszył, oczywiście zakaz notorycznie lekceważy. skonfundowany siedzi teraz nad szklanką ziółek i talerzem lekkiego pieczywa chrupkiego, marząc o sushi autorstwa niny.

***

z okazji dnia dziecka posłucham sobie dziś lenki - bo tak kiedyś nazwę moją córkę;


ps. filipu stracił kolejny ząb. tym razem wróżka zębowa zaspała...
ps dwa. moja bratowa podobno zaczytuje się w blogu.
ps trzy. moja elka już wie! a najgorsze, że też chce czytać!?

ucisk i zniewolenie

najpierw filipu zmusił mamona do przesunięcia dnia dziecka na 31 maja, potem do kupna biletów do multikina oraz solonego popcornu i niezdrowej coli (nie pytajcie, co czyści colą perfekcyjna pani domu…), a następnie do oglądania hollywoodzkiej animacji potwory kontra obcy.
aby odreagować ucisk i zniewolenie zgotowane przez jedynego syna, mamon po powrocie zamknął się w kuchni (to znaczy... gdyby miał drzwi kuchenne, to na pewno by się zamknął). przyrządził niczego sobie tartę szpinakową na cieście francuskim, której jeść absolutnie nie powinien. a zaraz potem, jak za starych licealnych czasów, sernik błyskawiczny na zimno na ciasteczkowym spodzie, z pomarańczową galaretką, którego jeść nie powinien tym bardziej. odkąd dowiedział się, że z diety musi wyeliminować prawie wszystko, co w ogóle nadaje się do jedzenia, karmi się dokładnie tym wszystkim, i to w podwójnych ilościach.

***

filip na dzień dziecka wybrał sobie zabawkę edukacyjną do składania;
ja: będziesz musiał trochę pogłówkować.
filip: ja szybko główkuję!